Opublikowana kilka dni temu Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA wyraźnie odbiega od wcześniejszych dokumentów tego typu. Zazwyczaj strategia bezpieczeństwa narodowego porządkuje priorytety polityki zagranicznej i bezpieczeństwa nowej administracji, nie zmieniając jednak istoty tej polityki ani nie podważając utrwalonego ponadpartyjnego konsensusu. Tak było chociażby podczas poprzedniej kadencji Donalda Trumpa, kiedy wskazano zagrożenia płynące ze strony „rewizjonistycznych” Rosji i Chin — przy czym Chiny po raz pierwszy uznano za zagrożenie numer jeden — ale jednocześnie nie kwestionowano roli Ameryki jako globalnego lidera działającego w ramach koalicji.

Ameryka nie chce już być „liderem koalicji”

Obecna Strategia oznacza całkowicie nowe podejście — nie tyle do polityki zagranicznej, ile do samego postrzegania przez Stany Zjednoczone własnej roli i sposobu funkcjonowania świata. Mimo abstrakcyjnych i ostrożnych sformułowań dotyczących selektywnego podziału zasobów oraz funkcjonalnych koalicji, obecna strategia de facto utrwala nową rolę USA: nie jako przywódcy stada, lecz największej drapieżnej ryby w stawie. To właśnie z tego „prawa silniejszego” mają wynikać możliwości i moralne prawo Stanów Zjednoczonych do wywierania presji zarówno na swoich przeciwników, jak i sojuszników.

Nie dziwi więc, że w Europie nowa strategia wywołała coś, co można całkiem trafnie nazwać histerią. Dla zewnętrznego obserwatora, który nie znałby historii ani politycznego kontekstu i przeczytał wyłącznie amerykański dokument, mogłoby się wydawać, że to właśnie europejskie elity — wraz ze swoją polityką migracyjną i lewicowymi ideami — zostały uznane za głównego amerykańskiego przeciwnika, a wręcz szkodnika dla cywilizacji ukształtowanej do XXI wieku.

Tezy zapisane w Strategii same w sobie nie są nowe. Czym innym jest jednak sytuacja, gdy podobne opinie wygłaszają podczas konferencji lub spotkań pojedynczy politycy czy urzędnicy — jak J.D. Vance albo Daniel Driscoll — a czym innym moment, w którym zostają one zapisane w dokumencie doktrynalnym, pod który następnie — choć nie bez oporu — będą tworzone programy, przyjmowane budżety i wdrażane konkretne działania.

„Uśpione NATO” i nowa architektura Zachodu

Strategia zapowiada rezygnację z dalszego rozszerzania NATO, a w relacjach z Rosją akcentuje potrzebę odbudowy strategicznej stabilności. Nie powinno to jednak wprowadzać w błąd — NATO pozostaje i może zostać nawet wzmocnione. Strategia utrwala po prostu idee oraz koncepcje rozwijane jeszcze przed dojściem Trumpa do władzy, takie jak choćby „Uśpione NATO”, w którym Sojusz staje się regionalnym blokiem, podczas gdy USA opracowują jednolite standardy uzbrojenia i pozostają ich głównym dostawcą. W tym paradygmacie zarówno Rosja, jak i Ukraina stają się wyłącznie europejskim problemem, który Stany Zjednoczone mogą — jeśli uznają to za korzystne — pomóc rozwiązać w ramach opłacalnych dla Waszyngtonu kontraktów.

W tym kontekście interesujące byłoby zobaczyć, czy kluczowi doradcy Trumpa z okresu kampanii wyborczej — tacy jak Richard Grenell czy Elbridge Colby, którym w dużej mierze przypisuje się idee zmiany amerykańskiego podejścia do spraw europejskich — obejmą realne stanowiska w systemie podejmowania decyzji. Tego typu spekulacje pojawiają się regularnie, a ich potwierdzenie oznaczałoby, że otoczenie Trumpa definitywnie odchodzi od projektu jednolitej euroatlantyki.

Jednocześnie deklaratywne zerwanie nie oznacza jeszcze udanego rozwodu. Strategia bezpieczeństwa narodowego jest dokumentem ograniczonym czasowo i prędzej czy później zostanie zrewidowana przez kolejną administrację — zwłaszcza jeśli będzie to administracja demokratyczna.

Zainteresowanie „jak najszybszym zakończeniem działań wojennych na Ukrainie”, wspomniane w Strategii, stanowi przede wszystkim zapis dążeń administracji Trumpa do wyjścia z niewygodnej wizerunkowo sytuacji, zanim przerodzi się ona w polityczną katastrofę. Amerykański prezydent od dawna obawia się, że Ukraina stanie się dla niego „Afganistanem Bidena” albo „drugim Sajgonem”. Dlatego administracja USA stara się dziś przede wszystkim nie dopuścić do tego, by nazwisko Trumpa zaczęło kojarzyć się wyborcom z porażką na Ukrainie. Kluczowym terminem są wybory do Kongresu w 2027 roku — a właściwie moment rozpoczęcia aktywnej kampanii wyborczej.

Dla Rosji taki układ tworzy ograniczone czasowo okno możliwości w dialogu ze Stanami Zjednoczonymi. Tego rodzaju zbliżenie może jednak mieć wyłącznie charakter taktyczny i służyć rozwiązywaniu konkretnych problemów — takich jak choćby ograniczanie globalnych ambicji Wielkiej Brytanii, które z rosyjskiej perspektywy stanowią jeszcze większe zagrożenie. Metaforycznie rzecz ujmując — chodzi o próbę zderzenia rekina z brytyjskim lwem choćby wokół kwestii zamrożonych aktywów.

Kategoria:

Architektura wpływu,