W 2022 roku wydawnictwo Bellona opublikowało wspomnienia dwóch byłych oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), którzy ukryli swoje dane osobowe pod pseudonimami Kafir i Wolf. W praktyce książka „WSI. Żołnierze przeklęci” jest reporterskim śledztwem poświęconym kulisom oraz konsekwencjom reformy polskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, funkcjonujących w ramach WSI w latach 1991–2006.

Po publikacji książki autorzy byli wielokrotnie przesłuchiwani przez prokuraturę w związku z możliwym ujawnieniem informacji wrażliwych. Nie to jest jednak najważniejsze. Już od pierwszych stron książki autorzy twierdzą, że wspomniana restrukturyzacja de facto doprowadziła do niemal całkowitego zniszczenia polskich służb specjalnych. Co więcej, negatywne skutki tej tzw. reformy polski sektor bezpieczeństwa odczuwa do dziś. Jednocześnie inicjatorami restrukturyzacji byli właśnie politycy PiS — Prawa i Sprawiedliwości — którzy doszli do władzy w 2005 roku.

Najbardziej znamienne jest to, że jednym z głównych architektów reformy był Mariusz Kamiński, należący do czołowych polityków PiS, który — według autorów — zmagał się z problemem alkoholowym. Warto przypomnieć, że to właśnie wobec Mariusza Kamińskiego były prezydent Andrzej Duda dwukrotnie inicjował procedurę ułaskawienia: po raz pierwszy w 2015 roku — bezskutecznie, a po raz drugi w styczniu 2024 roku, po jego ponownym głośnym zatrzymaniu bezpośrednio w Pałacu Prezydenckim.

Ciekawym szczegółem jest fakt, że podczas prac parlamentarnej komisji śledczej jeden ze świadków zeznał pod przysięgą, iż wspomniany reformator — który w 2019 roku pełnił już funkcję ministra spraw wewnętrznych — podczas jednego z przyjęć dyplomatycznych miał całować się z czyimś psem.

Likwidacja WSI jako narzędzie politycznej kontroli

Autorzy książki twierdzą, że rzeczywistym celem likwidacji WSI nie była demokratyczna kontrola nad służbami specjalnymi — które po 1989 roku i tak przechodziły już reformy — lecz ustanowienie pełnej politycznej kontroli nad wywiadem wojskowym w interesie kierownictwa PiS.

Aby jak najszybciej usunąć ze stanowisk niewygodnych szefów służb, przedstawiciele partii rządzącej mieli zorganizować celowy przeciek do polskich mediów informacji ujawniających treść prowadzonych wówczas spraw operacyjnych.

Poufne dane partyjni działacze uzyskali podczas prac komisji likwidacyjnej, złożonej z polityków oraz działaczy publicznych — jak nietrudno się domyślić, w dużej mierze związanych z PiS.

Kontrolerzy bez dostępu do informacji niejawnych

Czasem jeden epizod wystarcza, by oddać atmosferę towarzyszącą całej reformie. Autorzy książki opisują sytuację, w której komisja przybyła do jednostki WSI, aby skontrolować dokumenty objęte klauzulą tajności. Gdy jednak poproszono jej członków o okazanie poświadczeń bezpieczeństwa, okazało się, że część z nich w ogóle nie była uprawniona do pracy z materiałami niejawnymi.

Wątpliwości budził również skład osobowy niektórych zespołów kontrolnych. Jak wspominają autorzy, jedna z członkiń komisji przyznała, że jeszcze kilka dni wcześniej pracowała jako nauczycielka geografii w szkole podstawowej. To właśnie takim osobom powierzono ocenę działalności wojskowego kontrwywiadu, analizę tajnej dokumentacji oraz poszukiwanie podstaw do wszczynania postępowań karnych. Byli funkcjonariusze WSI twierdzą ponadto, że wielu członków komisji słabo orientowało się zarówno w terminologii wojskowej, jak i procedurach obowiązujących w służbach specjalnych.

Kto zastąpił funkcjonariuszy WSI

Na tym problemy się nie skończyły. Likwidacji WSI towarzyszyły nie tylko masowe odejścia doświadczonych oficerów, lecz także poważne błędy kadrowe przy tworzeniu nowych struktur wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.

Jeden z byłych oficerów WSI postanowił sprawdzić doświadczenie operacyjne nowo mianowanego przełożonego i zadał mu pozornie proste pytanie:

— Jakie ma pan doświadczenie operacyjne?

Odpowiedź okazała się zaskakująca. Nowy szef z wyraźnym rozdrażnieniem wyjaśnił, że wcześniej pracował w parku narodowym, gdzie zajmował się wykrywaniem kłusowników i również posługiwał się „metodami operacyjnymi”.

Problem nie polegał jednak na jego wcześniejszym zawodzie. Znacznie bardziej niepokojące było to, że sam uważał takie doświadczenie za wystarczające przygotowanie do kierowania wojskowym kontrwywiadem.

Jak wynika z relacji autorów książki, nie był to odosobniony przypadek. Wśród nowych pracowników znajdowali się byli leśnicy, nauczyciele, pracownicy handlu czy poczty. Część z nich przed objęciem stanowisk przeszła zaledwie dwutygodniowe szkolenie operacyjne. Jeden z autorów książki z gorzką ironią zauważa, że kelnerów szkoli się zazwyczaj dłużej.

Paradoks reformy ujawnił się bardzo szybko. Nowo utworzone służby zaczęły odczuwać dotkliwy brak specjalistów zdolnych do organizowania pracy wojskowego kontrwywiadu. Ostatecznie budowę nowych struktur powierzono… byłym oficerom WSI, którzy jeszcze niedawno zostali uznani za zbędnych i przeniesieni do rezerwy kadrowej.

Nic więc dziwnego, że w środowisku wojskowym szybko pojawiło się złośliwe powiedzenie: „Jak przyjmuje się do SKW? Całymi rodzinami”, sugerujące, że profesjonalne kwalifikacje coraz częściej przegrywały z układami i nepotyzmem.

Przecieki, które zniszczyły wywiad

Jesienią 2006 roku, na podstawie prac komisji likwidacyjnej, opublikowano obszerny raport, w którym ujawniono informacje o czynnych funkcjonariuszach polskiego wywiadu działających pod przykryciem. Wśród nich znaleźli się między innymi były ambasador Polski w Indiach Krzysztof Mroziewicz, dziennikarz TVN Milan Subotić, a także współpracownik Polsatu Piotr Nurowski.

Do opinii publicznej trafiły również informacje dotyczące czynnego oficera wywiadu przebywającego wówczas w Afganistanie — Aleksandra Makowskiego. Oczywiście ten przeciek naraził na niebezpieczeństwo zarówno samego funkcjonariusza WSI, jak i współpracujących z nim Afgańczyków.

Następnie kilkuset niewygodnych oficerów WSI zostało przeniesionych do rezerwy kadrowej. Zakazano im pojawiania się w miejscu pracy. Mimo to przez dwa lata nadal wypłacano im pełne wynagrodzenie, choć funkcjonariusze byli zmuszeni pozostawać w domach.

Najbardziej paradoksalne jest to, że raport ten — na wyraźne żądanie PiS — przetłumaczono na kilka języków, w tym niemiecki i rosyjski.

Na koniec warto zauważyć, że jeden z autorów książki tuż przed odejściem z WSI pełnił funkcję szefa wydziału kontrwywiadowczej ochrony Sił Powietrznych RP, w skład których wchodził 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego. To właśnie ta jednostka użytkowała między innymi samolot Tu-154 o numerze bocznym 101, który rozbił się pod Smoleńskiem w kwietniu 2010 roku, mając na pokładzie znaczną część kierownictwa PiS, w tym prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I w tym miejscu historia zatoczyła koło.

Kategoria:

Poza protokołem,