8 lutego prezydenci Rosji i Białorusi odbyli rozmowę telefoniczną poświęconą nadchodzącemu posiedzeniu Najwyższej Rady Państwowej Państwa Związkowego. Znamienne jest jednak to, że rozmowa niemal zbiegła się w czasie z oświadczeniem rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), w którym stwierdzono, że Zachód przygotowuje scenariusz „kolorowej rewolucji” i poszukuje na Białorusi nowych liberalnych aktywistów.

To oświadczenie brzmi szczególnie ostro na tle — wydawałoby się — niedawnej wyraźnej poprawy relacji amerykańsko-białoruskich. Wystarczy przypomnieć ubiegłoroczne zwrócenie się Donalda Trumpa do Alaksandra Łukaszenki słowami „highly respected President” („wysoce szanowany prezydent”) — wobec człowieka, którego jeszcze niedawno w wielu krajach Zachodu nie uznawano nie tylko za szanowanego polityka, ale wręcz za legalnie wybranego przywódcę.

Na relacje amerykańsko-białoruskie warto spojrzeć nie tylko przez pryzmat komunikatu SWR, lecz również w kontekście wciąż świeżych wydarzeń w Wenezueli związanych z porwaniem lub zatrzymaniem — zależnie od interpretacji — Nicolása Maduro.

W pewnym sensie zarówno Mińsk, jak i Caracas dążyły do zawarcia porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi — pierwszy otwarcie, drugi bardziej dyskretnie. Można wręcz odnieść wrażenie, że białoruski prezydent czuł się nieco pominięty: skoro wszyscy zawierają z Trumpem układy, to on również powinien. Cały ciąg gestów wykonanych przez Łukaszenkę w 2025 roku miał przekonać stronę amerykańską, że z Mińskiem można się porozumieć — i to stosunkowo tanim kosztem.

Najważniejszym z tych gestów była amnestia dla białoruskich opozycjonistów, w tym powszechnie znanego Siarhieja Cichanouskiego. W zamian Łukaszenka prawdopodobnie liczył na wznowienie pełnej działalności ambasady USA w Mińsku oraz zniesienie części najbardziej dotkliwych sankcji.

Układ Mińska z Waszyngtonem

W szerszym sensie Białorusi zależało na zresetowaniu własnego pozycjonowania geopolitycznego, które w ostatnich latach utraciło dawną wielowektorowość i stało się zbyt zależne od Rosji oraz Chin.

Początkowo, po powrocie Trumpa na drugą kadencję, kontakty amerykańsko-białoruskie rzeczywiście wyraźnie się ożywiły. Tylko w 2025 roku republikę odwiedzili: asystent sekretarza stanu USA Christopher Smith, specjalny przedstawiciel prezydenta USA ds. Białorusi John Cole — sam fakt pojawienia się takiego stanowiska jest znamienny — oraz specjalny wysłannik prezydenta USA Keith Kellogg. Niektórzy z nich odwiedzali kraj wielokrotnie, a za każdym razem amerykańskich gości podejmowano z wielkim rozmachem — w ozdobionym marmurem i złotem pałacu prezydenckim, przypominającym nieco rezydencję Trumpa w Mar-a-Lago, o czym pisał znany dziennikarz Simon Shuster.

W ciągu ubiegłego roku w mediach pojawiały się nawet sugestie, że spotkanie Trumpa i Putina poświęcone uregulowaniu konfliktu ukraińskiego mogłoby odbyć się właśnie w Mińsku, choć rosyjska strona raczej nie była zainteresowana przywoływaniem skojarzeń z „Mińskiem-2” — porozumieniami, które ostatecznie nigdy nie zaczęły realnie funkcjonować. Samemu Łukaszence wyraźnie jednak odpowiadał wizerunek człowieka zapewniającego cenny kanał komunikacji i doradzającego Amerykanom, jak rozmawiać z Putinem.

W rzeczywistości wygląda jednak na to, że Waszyngton postrzegał Łukaszenkę nie tyle jako konsultanta, ile raczej jako źródło informacji o charakterze „wywiadowczym”, którego wartość po pewnym czasie została wyczerpana.

Dlaczego USA nie spieszą się z ustępstwami

Jednym z głównych ustępstw ze strony Stanów Zjednoczonych było wykreślenie białoruskich linii lotniczych Belavia z listy sankcyjnej. Okazało się jednak, że decyzja zawierała istotny haczyk: samoloty Boeing należące do Belavii nie mogą wykonywać lotów do Rosji, Kuby, Iranu, Korei Północnej ani Syrii. Sankcje wobec Biełaruśkaliju również nie zostały zniesione — mowa jedynie o wydawaniu tzw. licencji generalnych na pojedyncze transakcje.

Co więcej, częściowy zakup białoruskiego potasu przez USA wydaje się raczej narzędziem nacisku Waszyngtonu na Kanadę, która wcześniej odpowiadała za 60–70% amerykańskiego importu nawozów potasowych. Trump od dawna próbuje zmusić Kanadę do obniżenia cen nawozów mineralnych, dlatego białoruskie dostawy mogą zostać wykorzystane wyłącznie jako tymczasowy instrument negocjacyjny.

Tymczasem w Kongresie USA odbywają się przesłuchania zatytułowane „Prawa człowieka na Białorusi: więźniowie polityczni i dalsze represje”, w których uczestniczą zarówno uwolniony Cichanouski, jak i inni aktywiści krytycznie nastawieni wobec Łukaszenki.

W rezultacie republikański kongresmen z New Jersey Christopher Smith zapowiedział gotowość skierowania do Alaksandra Łukaszenki listu z żądaniem dopuszczenia delegacji Kongresu USA do białoruskich więzień w celu osobistej oceny warunków przetrzymywania więźniów. Na razie niewiele wskazuje na to, by „realpolitik” rzeczywiście zaczęła funkcjonować w relacjach Mińska z Waszyngtonem. Wszystko to prowadzi raczej do wniosku, że przedstawiane przez Łukaszenkę „odbudowywanie relacji” między Białorusią a USA okazało się w praktyce targiem między partnerami o skrajnie nierównym potencjale.

Donald Trump sam postrzega siebie jako głównego mediatora w sprawie Ukrainy i z pewnością nie pozwoli nikomu innemu „zatrzymać kolejnej wojny”. W rezultacie zamiast jednej wielkiej i korzystnej umowy białoruski przywódca może równie łatwo otrzymać od USA listę nowych żądań — podobnie jak wcześniej Maduro.

Łukaszenka wobec scenariusza Maduro

Jeśli dokonać krótkiego porównania, Maduro i Łukaszenka mają ze sobą pewne wspólne cechy: jeden jest „ojcem narodu”, drugi „synem Cháveza”. Obaj mają tendencję do upraszczania złożonej rzeczywistości i sprowadzania jej do binarnego konfliktu: jeden przeciwstawia stworzony przez siebie „porządek” i „stabilność” „chaosowi”, drugi przeciwstawia wszechmocny i wrogi Waszyngton kruchej, lecz wytrwałej Wenezueli.

Obaj również w dużej mierze grają pod publiczność: jeden często pokazuje się w mundurze wojskowym lub w roboczym otoczeniu, drugi demonstracyjnie tańczy, traktując brawurę jako wyzwanie rzucone przeciwnikom. To właśnie ostatnie — jak wiadomo — miało szczególnie zirytować Trumpa, który jakby mimochodem potwierdził wszystkie teorie spiskowe głoszone wcześniej przez Maduro. Spisek okazał się skutecznie zrealizowany.

Wyobrażenie sobie amerykańskich sił specjalnych porywających Alaksandra Łukaszenkę z Mińska pozostaje jednak domeną bardzo odważnej fantazji, bliższej political fiction niż realnej polityce. Nie istnieje ani odpowiedni zestaw formalnych zarzutów wobec białoruskiego przywódcy, ani samodzielnie przyznany przez USA mandat do takich działań — Europa nadal nie została przecież oficjalnie uznana za „amerykańskie podwórko”. Należy też pamiętać, że Białoruś pozostaje częścią Państwa Związkowego z Rosją, co samo w sobie zapewnia Mińskowi rosyjskie gwarancje bezpieczeństwa.

Nie oznacza to jednak, że białoruski prezydent nie ma powodów do niepokoju. Skoro Trump zrozumiał już, że z Łukaszenką można negocjować — i jak sam Łukaszenka pokazał, „niedrogo” — nie można wykluczyć, że po stronie amerykańskiej pojawi się pokusa wywierania coraz silniejszej i szybszej presji. Tym bardziej że do kolejnego przetasowania w Kongresie Trumpowi pozostaje coraz mniej czasu.

Alaksandr Łukaszenka bez wątpienia uważa się za doświadczonego gracza, zdolnego czerpać korzyści z każdej zmiany geopolitycznej układanki. Problem polega jednak na tym, że błędna ocena własnej pozycji może zakończyć się przegraniem całej partii.

Kategoria:

Architektura wpływu,