Wywiad nie zawsze musi tworzyć podatność na nacisk. Czasem wystarczy poczekać, aż człowiek sam postawi się w sytuacji, która tę podatność ujawni. Innym razem można pomóc jej wyjść na jaw. Tylko w nielicznych przypadkach taką sytuację planuje się z wyprzedzeniem i świadomie kreuje.

Co jednak zrobić, gdy podatność zostanie już rozpoznana? W praktyce wywiadowczej od dawna ścierają się tu dwa podejścia. Pierwsze, stosowane stosunkowo rzadko, wychodzi od pytania, czym można wywrzeć nacisk na potencjalny cel. Znacznie częściej punktem wyjścia jest inne pytanie: jakie niezaspokojone potrzeby ma dana osoba i w jaki sposób można pomóc jej je zaspokoić.

W pierwszym przypadku poszukuje się dźwigni nacisku — tajemnicy, słabości albo ukrytej okoliczności, którą można obrócić przeciwko człowiekowi. W drugim próbuje się ustalić, czego mu brakuje i czego nie jest w stanie zdobyć własnymi siłami.

Oczywiście osoby dobrze zorientowane w temacie przypomną sobie sformułowania znane z kolejnych wersji instrukcji, w których wiele miejsca poświęcano patriotyzmowi oraz czynnikowi moralno-psychologicznemu. Do patriotycznego zapału jako motywu podejmowania współpracy z rezerwą podchodzono jednak już w schyłkowym ZSRR. Z kolei czynnik moralno-psychologiczny we współczesnych realiach można chyba trafniej opisać językiem marketingu.

Można tu wręcz posłużyć się terminem zaczerpniętym z marketingu: chodzi o „problemy” potencjalnego celu, których nie jest on w stanie rozwiązać samodzielnie.

Mogą to być rzeczy zupełnie banalne: pieniądze albo nierozwiązany problem zdrowotny — ciężka choroba bliskiego członka rodziny i konieczność sfinansowania leczenia, choćby w Izraelu; edukacja dziecka na prestiżowym brytyjskim czy amerykańskim uniwersytecie. Mogą też chodzić o znacznie bardziej złożone kwestie: poczucie niespełnienia własnych ambicji, ograniczenia zawodowe, potrzebę uznania czy choćby konieczność zalegalizowania pieniędzy pochodzących z korupcji.

W takim modelu nie chodzi już przede wszystkim o nakłonienie celu do współpracy. Chodzi raczej o stworzenie sytuacji, w której poufna współpraca zacznie mu się jawić jako niemal jedyny sposób na zaspokojenie własnej potrzeby albo rozwiązanie problemu, z którym nie potrafi poradzić sobie sam.

Tak jak w życiu rzadko występują wyłącznie czerń i biel, tak również w pracy wywiadowczej oba podejścia rzadko funkcjonują w całkowicie czystej postaci. Mogą się przenikać, uzupełniać, a nawet następować po sobie. To, co zaczyna się jako próba wywarcia presji, z czasem może przekształcić się w długotrwałą relację opartą nie tylko na strachu, lecz także na pieniądzach, wzajemnych korzyściach czy zaufaniu. I odwrotnie — człowiek początkowo pozyskany obietnicą pomocy może później znaleźć się w sytuacji, w której wywiad zyskuje możliwość wykorzystania wcześniej ujawnionej słabości.

Jest jednak jeszcze jedna istotna kwestia. Sama wykryta podatność nie oznacza jeszcze gotowości do współpracy.

Potencjalny cel może ukrywać romans, mieć problemy finansowe, dopuszczać się drobnych wykroczeń, ignorować wewnętrzne regulaminy i zakazy służbowe albo popełniać inne przewinienia, które z czasem mogą stać się materiałem kompromitującym. Nie oznacza to jednak automatycznie, że jest gotów pracować dla obcego wywiadu. Co więcej, kompromitujące materiały wcale nie muszą być potrzebne do szantażu.

Ich znaczenie może być zupełnie inne. Pozwalają zobaczyć, jak dana osoba zachowuje się w sytuacji, gdy jej osobiste pragnienia wchodzą w konflikt z obowiązkami służbowymi, normami etycznymi czy zasadami, których formalnie powinna przestrzegać. Pojedyncze przewinienie, a nawet cała ich seria, jeszcze o niczym nie przesądza. Dla wywiadu może jednak stanowić powód, by przyjrzeć się człowiekowi bliżej — poznać jego sytuację, motywacje oraz granice, które jest gotów przekraczać w imię własnych interesów.

W tym sensie materiały kompromitujące nie muszą być narzędziem werbunku. Mogą służyć przede wszystkim do wytypowania potencjalnie interesującej osoby. Ich istnienie nie dowodzi, że człowiek zgodzi się na współpracę. Pokazuje natomiast, że w jego zachowaniu istnieje określony punkt podatności, który warto dalej analizować.

Dlatego stary jak świat mechanizm określany mianem „honey trap” we współczesnych realiach jest znacznie szerszy niż jego dobrze znany filmowy obraz. Relacja romantyczna rzeczywiście może służyć do zdobycia informacji o celu, a następnie wywarcia na niego presji. Może jednak pełnić również zupełnie inną funkcję: pomóc zidentyfikować właściwą osobę, nawiązać z nią bliższy, przyjacielski kontakt i ustalić, jakie inne motywacje mogłyby sprawić, że stałaby się podatna na propozycję współpracy.

Formy materiałów kompromitujących zmieniają się wraz ze społeczeństwem

Z biegiem lat zmienia się nie tylko sama technika działania. Zmienia się również znaczenie i wartość materiałów kompromitujących. Co więcej, niekiedy zależą one nie tyle od samego czynu, ile od społeczeństwa, w którym do niego doszło.

Było to szczególnie widoczne w czasach zimnej wojny. Społeczeństwa radzieckie i zachodnie w różny sposób wyznaczały granice tego, co uznawano za dopuszczalne. Ten sam czyn mógł więc mieć zupełnie inną wartość z punktu widzenia wywiadu. Romans radzieckiego dyplomaty za granicą mógł kosztować go karierę. Podobna historia z udziałem zachodniego dyplomaty w latach 70. czy 80. mogła stać się raczej kanwą hollywoodzkiej komedii niż powodem do poważnej presji.

Także dziś zasada pozostaje podobna. Udokumentowany homoseksualny związek europejskiego dyplomaty z pracownikiem MSZ państwa o bardziej konserwatywnych normach obyczajowych może mieć zupełnie różną wagę w zależności od miejsca. W UE nikt może nawet nie zwrócić na niego uwagi. W innym państwie może on kosztować człowieka karierę, a w jeszcze innym — nawet życie.

Dlatego szczególnie interesująco przedstawiają się rzeczywiste operacje CIA i MI6 z czasów zimnej wojny. Historie Aleksandra Ogorodnika i Władimira Kuziczkina są klasycznymi przykładami nie tylko dwóch odmiennych sposobów werbowania, lecz także sytuacji, w których oba podejścia zaczynają się ze sobą splatać. Co istotne, obie sprawy co jakiś czas powracają na łamy prasy — dzięki odtajnionym dokumentom, wspomnieniom uczestników oraz nowym publikacjom.

Aleksander Ogorodnik: kompromat jako pretekst do pierwszego kontaktu

Aleksander Ogorodnik jest zazwyczaj kojarzony z pseudonimem „Trianon”. Tak właśnie sowiecki urzędnik zwerbowany przez Amerykanów został przedstawiony w ekranizacji powieści Juliana Siemionowa „ТАСС уполномочен заявить” — historii, której pierwowzorem był właśnie Ogorodnik. Tymczasem z odtajnionych dokumentów CIA oraz opublikowanych wspomnień wynika, że jego prawdziwy kryptonim brzmiał „Trigon” (TRIGON).

Jak wspominała była pracowniczka CIA Martha Peterson w książce „The Widow Spy”, to właśnie w Bogocie oficerowie amerykańskiej placówki zwrócili uwagę na Ogorodnika. Zauważyli jego romans z miejscową atrakcyjną przedsiębiorczynią. Sama kompromitująca sytuacja nie stała się jednak narzędziem szantażu wobec radzieckiego dyplomaty. Posłużyła jedynie jako punkt wyjścia do nawiązania kontaktu z jego kochanką i próby jej zwerbowania.

W radzieckich publikacjach poświęconych historii „Trianona” pojawia się wersja, według której kobieta została celowo podstawiona przez CIA. Ze wspomnień Peterson wynika jednak inny przebieg wydarzeń. Amerykański oficer dotarł do kochanki radzieckiego dyplomaty, zaproponował jej współpracę, a ona szybko dostrzegła związane z nią korzyści finansowe i zgodziła się przekonać Ogorodnika do spotkania z Amerykanami.

Do spotkania doszło — w łaźni tureckiej. Peterson wyjaśnia w swojej książce ten dość nietypowy wybór względami praktycznymi: w takich warunkach trudno było użyć magnetofonu, przynajmniej przy ówczesnej technologii. Niewykluczone jednak, że osoby przygotowujące rozmowę werbunkową brały pod uwagę również czynnik psychofizjologiczny. Zanim rozmówcy przeszli do sedna, przez około trzy godziny korzystali z łaźni. Wystarczająco długo, by zmniejszyć napięcie i oswoić się ze sobą.

Jak się okazało, obawy funkcjonariuszy CIA były bezpodstawne. Ogorodnik sam był wyraźnie zainteresowany współpracą i dość szybko zaczął wykorzystywać możliwości, jakie mu ona dawała. Prosił o pomoc w zdobywaniu biżuterii z brylantami, a po powrocie do Moskwy wielokrotnie zamawiał soczewki kontaktowe. Nie chciał nosić okularów, ponieważ uważał, że psują jego wygląd, a w Związku Radzieckim soczewki nie były wówczas jeszcze łatwo dostępne.

Ironia całej historii polega na tym, że człowieka, którego początkowo zamierzano pozyskać przy wykorzystaniu materiałów kompromitujących, ostatecznie nie trzeba było do niczego przekonywać. Sam wyglądał, jakby czekał na taką propozycję. Niczym Buba Kastorski z radzieckiego filmu „Nowe przygody nieuchwytnych” — elegancki oszust i bywalec półświatka — który podczas przesłuchania przez kontrwywiad oznajmia: „To nie pomyłka. To mnie szukacie”.

Dalsze losy „Trigona” można odtworzyć na podstawie odtajnionych materiałów CIA. Historia jego wpadki mówi zresztą sama za siebie. W każdym państwie znajdą się ludzie dysponujący władzą i dostępem do tajemnic państwowych, którzy sami stwarzają wywiadowi możliwość wykorzystania swojej podatności.

W kwietniu 1977 roku Ogorodnik przekazał CIA kopię tajnej depeszy dyplomatycznej radzieckiego ambasadora w USA Anatolija Dobrynina. Zawierała ona relację ze śniadania z Henrym Kissingerem, podczas którego ten ostatni przedstawił krytyczne oceny działań prezydenta Jimmy’ego Cartera i jego otoczenia. Dla strony amerykańskiej treść depeszy również stanowiła informację niejawną, zdobytą w wyniku działalności wywiadowczej. Jakiś czas później z jej treścią zapoznał się zastępca doradcy prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego David Aaron.

Aaron nie znalazł lepszego sposobu na wykorzystanie tej wiedzy, niż wspomnieć o niej podczas prywatnego przyjęcia w ambasadzie Jordanii w Waszyngtonie. W rozmowie z jednym z gości powiedział, że wie, o czym Kissinger rozmawiał ze stroną radziecką. Przypadkiem usłyszał to jeszcze jeden dyplomata — przedstawiciel jednego z państw Układu Warszawskiego.

Dla funkcjonariuszy KGB znalezienie źródła przecieku było już tylko kwestią czasu. Ogorodnik pracował w strukturze radzieckiego MSZ, do której trafiała korespondencja dyplomatyczna ze wszystkich przedstawicielstw ZSRR na świecie. To właśnie dlatego był dla CIA tak cennym źródłem. Radzieckiemu kontrwywiadowi pozostało połączyć fakty: ustalić krąg osób mających dostęp do treści depeszy i przyjrzeć się tym, którzy odpowiadali określonym kryteriom kontrwywiadowczym.

Czy radziecki wywiad wykorzystał podatność Davida Aarona — tego historia nie wyjaśnia. W Stanach Zjednoczonych sprawa wycieku informacji niejawnych miała jednak ciąg dalszy przez niemal siedem lat. Ostateczny rozdział dochodzenia prowadzonego przez senacką komisję ds. wywiadu w sprawie nieuprawnionego ujawnienia informacji niejawnych nastąpił dopiero w maju 1984 roku.

Władimir Kuziczkin: gdy werbunek zaczyna się od rozwiązania problemu

Historia zdrady majora KGB Władimira Kuziczkina zaczyna się od motywu — osobistego problemu, który chciał rozwiązać za pomocą zachodniej medycyny. Brytyjski historyk i pisarz Ben Macintyre uczynił z niej pierwszą scenę swojej najnowszej książki Redwood: The Untold Story of the Cold War’s Most Extraordinary Spy — „Nieopowiedziana historia najbardziej niezwykłego szpiega zimnej wojny”. Kluczowy epizod odtworzył na podstawie relacji byłego oficera MI6 Iana McCreediego, który nawiązał pierwszy kontakt z Kuziczkinem.

Teheran, 1981 rok. Toaleta w brytyjskiej ambasadzie. Odkręcone krany — szum wody zagłusza głosy. Kuziczkin sam proponuje swoje usługi, a w zamian prosi oficera MI6 o leki na impotencję.

W tym przypadku werbunek przybiera zupełnie inny charakter. Brytyjski wywiad miał przed sobą człowieka, wobec którego nie trzeba było szukać materiałów kompromitujących, łamać go groźbami ani rozpoznawać jego słabości. Sam przyszedł ze swoim problemem i sam określił, czego oczekuje od zachodniej służby. Pozostawało tylko zaproponować mu rozwiązanie.

W efekcie Kuziczkin ujawnił Brytyjczykom strukturę i skład radzieckiej rezydentury w Iranie, w tym agenturę oraz nielegałów. Przekazał również informacje o planach KGB wykorzystania partii Tudeh do przygotowania zbrojnego powstania, obalenia ajatollaha Chomejniego i zapewnienia późniejszego wsparcia ze strony wojsk radzieckich. MI6 otrzymało dane dotyczące mieszkań konspiracyjnych, finansowania oraz skrytek z bronią.

O swojej intymnej przypadłości Kuziczkin oczywiście nie wspomina w opublikowanych wspomnieniach KGB. Mity i rzeczywistość. Jego żona Galina opowiada natomiast o innej słabości, którą próbował ukryć jeszcze przed rozpoczęciem służby w KGB.

Kuziczkin wiedział już, że jest daltonistą. Jeszcze przed podjęciem studiów w Instytucie Azji i Afryki zdobył książkę zawierającą tablice do badania daltonizmu, nauczył się ich na pamięć i dzięki temu przeszedł badania lekarskie wymagane do uzyskania prawa jazdy. Podczas wakacji dorabiał jako taksówkarz w 11. moskiewskim przedsiębiorstwie taksówkowym.

Przed przyjęciem do KGB jego oszustwo wyszło jednak na jaw podczas badań lekarskich. Tym razem zastosowano inne metody badania widzenia barw. Zgodnie z obowiązującymi zasadami stwierdzony daltonizm powinien być podstawą do odmowy przyjęcia do służby. Z niewyjaśnionych powodów przymknięto jednak na to oko — i Kuziczkin mimo wszystko został oficerem kadrowym.

Zresztą, sądząc po wspomnieniach samego Władimira Kuziczkina i jego żony, podwójne życie prowadził już od młodości. W instytucie był aktywistą społecznym i członkiem Komsomołu, a w domu czytał w drugim obiegu dzieła Sołżenicyna. Później nauczył się obchodzić ograniczenia medyczne, aby zdobyć prawo jazdy, a następnie bez większych wahań zaoferował swoje usługi brytyjskiemu wywiadowi. Każdy z tych epizodów z osobna nie mówi jeszcze nic o jego przyszłej zdradzie. Jeśli jednak spojrzeć na nie łącznie, widać pewną istotną cechę: Kuziczkin stosunkowo wcześnie nauczył się oddzielać zasady, którym należało podporządkować się na pokaz, od tych, które uważał za możliwe do złamania, gdy wymagały tego jego własne cele. Właśnie takie zmiany w zachowaniu — stopniowe przechodzenie od drobnych naruszeń do poważniejszych — mogą być dla wywiadu istotną wskazówką przy poszukiwaniu potencjalnego celu werbunku.

Pojawia się tu jednak interesujący paradoks. Historię operacji brytyjskiego wywiadu Ben Macintyre odtwarzał nie na podstawie odtajnionych archiwów MI6 — brytyjska służba nadal przestrzega zasady nieujawniania własnych materiałów — lecz na podstawie rozproszonych źródeł: pojedynczych odtajnionych dokumentów CIA oraz wspomnień niektórych uczestników wydarzeń.

Warto dodać, że po przejściu na stronę Brytyjczyków Kuziczkin został dodatkowo przesłuchany przez przedstawicieli CIA. W jednym z materiałów archiwalnych odnotowano również, że pomógł Amerykanom w ujawnieniu radzieckich rezydentur w kilku europejskich państwach.

Na działania CIA warto patrzeć właśnie przez pryzmat takich przypadków. Choć wiele z nich dawno pokrył już archiwalny kurz, nowe realia wymagają nowych, niestandardowych metod. Pojawiają się również narzędzia wcześniej niewykorzystywane w pracy wywiadowczej, w tym zapożyczone z marketingu. Jak mówi stare powiedzenie, nowe jest często dobrze zapomnianym starym: zmieniają się technologie i skala działania, ale sama zasada pozostaje ta sama.

Była pracowniczka CIA Martha Peterson w książce „Wdowa szpieg” wspomina, jak amerykańscy analitycy próbowali na podstawie z pozoru nieistotnych oznak zrozumieć, co dzieje się wewnątrz zamkniętego systemu radzieckiego: kto i w jakiej kolejności pojawia się na trybunie Mauzoleum Lenina, jak zmienia się kolejność wymieniania przywódców w oficjalnej prasie oraz jakie inne szczegóły mogą świadczyć o przesunięciach w układzie wpływów. Dziś możliwości takiej analizy są znacznie większe. Zapytania w wyszukiwarkach, media społecznościowe i inne cyfrowe ślady pozwalają badać już nie tylko system polityczny, lecz także nastroje, zainteresowania i potrzeby społeczeństwa. Więcej na ten temat w artykule „Dane wyszukiwań jako źródło OSINT w analizie nastrojów społecznych”.

Kategoria:

Poza protokołem,