Pod koniec maja sekretarz stanu USA Marco Rubio, podczas spotkania z dziennikarzami w Waszyngtonie, wygłosił dwa oświadczenia, które w każdej innej rzeczywistości dyplomatycznej mogłyby uchodzić za wzajemnie sprzeczne. Najpierw stwierdził, że administracja Donalda Trumpa „nie prowadzi obecnie aktywnych rozmów z Rosją na temat Ukrainy, ponieważ nie ma ku temu odpowiednich warunków”. Chwilę później dodał jednak, że Waszyngton „utrzymuje kanały komunikacji i jest gotów wrócić do dialogu, gdy tylko strony będą gotowe do poważnej rozmowy”.

Słowa te są dyplomatycznym odpowiednikiem stwierdzenia: „nie rozstaliśmy się, po prostu chwilowo nie utrzymujemy kontaktu”. Kryje się za nimi jednak znacznie bardziej złożona rzeczywistość. Wojna w Ukrainie doprowadziła do powstania wielowarstwowej architektury kontaktów, która w ciągu ostatnich dwóch lat coraz bardziej oddalała się od klasycznych kanonów dyplomacji. Podczas gdy sekretarz stanu mówi o braku postępów, inni przedstawiciele administracji, wywodzący się ze świata biznesu i sprowadzeni do Białego Domu spoza tradycyjnych struktur państwowych, nadal działają za pośrednictwem własnych, nieformalnych kanałów. Równolegle na Kremlu od dawna funkcjonuje odrębny tor kontaktów negocjacyjnych.

Rosyjskie i amerykańskie kanały negocjacyjne: dwa zespoły, jeden cel

Złożoność konfliktu ukraińskiego stworzyła równie skomplikowaną architekturę kontaktów służących jego uregulowaniu. Szczególnie wyraźnie uwidoczniło się to w ciągu ostatnich dwóch lat, po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu. Trump od dawna odnosi się z nieufnością do tradycyjnej biurokracji i chętnie opiera się na osobach ze swojego najbliższego otoczenia, wywodzących się ze świata biznesu lub związanych z jego rodziną. Mowa oczywiście o Steve’ie Witkoffie i Jaredzie Kushnerze.

Można odnieść wrażenie, że po stronie rosyjskiej postanowiono dostosować się do nowych reguł gry. Klasyczny kanał kontaktów na linii minister–minister (Siergiej Ławrow – Marco Rubio) nie przestał funkcjonować, ale równolegle pojawił się nowy tor komunikacji, również obsadzony przez ludzi biznesu przyzwyczajonych do zawierania porozumień i negocjowania transakcji. Także tutaj nietrudno wskazać głównego aktora. Jest nim szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich Kiriłł Dmitrijew wraz z zespołem skupionym wokół niego.

O ile w Stanach Zjednoczonych, jak można sądzić, Witkoff otrzymał szeroki mandat zaufania i dużą swobodę działania w sprawach związanych z Ukrainą, choć jego aktywność bywała okresowo ograniczana przez misje na Bliskim Wschodzie, a jego pozycja nie prowadziła do otwartej rywalizacji z Rubiem, o tyle rosyjskie podejście wyglądało inaczej. Tradycyjna dyplomacja oraz, nazwijmy to, zespół równoległy stosunkowo szybko znalazły się w stanie trwałej, choć niepublicznej konkurencji. Kreml sprawiał wrażenie, jakby raz stawiał na jedną grupę, a raz na drugą, sprawdzając, która okaże się skuteczniejsza.

Najbardziej widoczne było to jesienią 2025 roku, gdy wydawało się, że dzięki wysiłkom tradycyjnej dyplomacji na Alasce zwyciężył tak zwany „duch Anchorage”, a zespół Dmitrijewa został odsunięty na dalszy plan. Później jednak, po rozmowie telefonicznej Ławrowa z Rubiem i niedoszłym spotkaniu Putina z Trumpem w Budapeszcie, równoległy kanał biznesowy odzyskał znaczenie. Aktywność szefa RFPI ponownie okazała się potrzebna, a w rosyjskiej przestrzeni medialnej coraz częściej zaczęły pojawiać się spekulacje dotyczące możliwej dymisji szefa rosyjskiej dyplomacji. W kolejnych miesiącach układ sił jeszcze kilkakrotnie się zmieniał, a rywalizacja między obiema liniami działania trwa do dziś.

Najważniejsze pytanie pozostaje jednak otwarte: czy taki model ma przed sobą przyszłość? Gdzie przebiegają granice jego skuteczności i czy dyplomacja równoległa jest w stanie zastąpić klasyczną dyplomację, czy też pozostanie jedynie jej uzupełnieniem?

Dyplomacja równoległa w historii: biznesmeni jako pośrednicy pokoju

Wykorzystywanie kontaktów biznesowych do rozwiązywania delikatnych problemów politycznych nie jest niczym nowym. Historia zna wiele przykładów sytuacji, w których wpływy przedsiębiorców lub korporacji oddziaływały na procesy geopolityczne.

Jednym z nich jest udział francuskiego biznesmena Jean-Yves’a Olliviera w negocjacjach prowadzonych w latach 80., które przyczyniły się do uwolnienia Nelsona Mandeli i stopniowego demontażu systemu apartheidu. Ollivier zajmował się handlem zbożem, a jego pozycja biznesowa otwierała mu drzwi, które pozostawały zamknięte dla oficjalnych przedstawicieli państw. Dodatkowym atutem było polityczne wsparcie premiera Jacques’a Chiraca.

Drugim przykładem jest działalność amerykańskiego koncernu Standard Oil of New Jersey, który w latach 1910–1920 pełnił rolę nieformalnego pośrednika między Stanami Zjednoczonymi a Kolumbią. Bogota zatrudniła Standard Oil, posiadający już znaczące interesy w kraju, do reprezentowania swoich interesów w Waszyngtonie. Amerykańska firma wykorzystała swoje wpływy polityczne i sieć kontaktów, aby wzmocnić pozycję negocjacyjną Kolumbii, uzyskując w zamian wymierne korzyści biznesowe. Charakterystyczne jest jednak to, że z czasem sama znalazła się w sytuacji zależności. Po dokonaniu inwestycji w strategiczne aktywa kolumbijski rząd zyskał skuteczne instrumenty nacisku, zmuszając korporację do dalszego działania zgodnie ze swoimi interesami.

Trudno jednak traktować oba te przykłady jako bezpośredni wzorzec dla obecnej sytuacji. Zakończenie konfliktu zbrojnego między Rosją a Ukrainą wymaga stworzenia złożonego systemu porozumień dwustronnych i wielostronnych obejmujących szeroki zakres zagadnień, od zawieszenia działań wojennych i funkcjonowania korytarzy eksportowych po kwestie związane z globalnym bezpieczeństwem nuklearnym. Skala i stopień skomplikowania tego zadania prowadzą do oczywistego wniosku: nawet grupa najbardziej wpływowych i skutecznych przedsiębiorców nie jest w stanie samodzielnie wynegocjować tak rozbudowanego mechanizmu.

Granice możliwości dyplomacji równoległej

Odpowiedź na pytanie o skuteczność dyplomacji równoległej może być prostsza, niż się wydaje, i wynika już z samej definicji tego zjawiska. Tego rodzaju kanały nie zastępują klasycznej dyplomacji, lecz ją uzupełniają. Najlepiej sprawdzają się tam, gdzie oficjalne mechanizmy kontaktu zostały zablokowane lub okazują się niewystarczająco skuteczne.

Niejednokrotnie nieformalna dyplomacja służy przygotowaniu gruntu pod oficjalne kontakty między państwami. Chodzi przede wszystkim o poziom ekspertów, których zadaniem jest identyfikowanie punktów stycznych między stronami jeszcze zanim do rozmów przystąpią politycy i dyplomaci obciążeni formalnymi kompetencjami oraz ograniczeniami. W przypadku zespołu Dmitrijewa mamy jednak do czynienia nie tyle z funkcją pomocniczą, ile z odrębnym kanałem działania. Trudno wyobrazić sobie, by szef RFPI uzgadniał wizyty Ławrowa, ale łatwo założyć, że może odegrać rolę w przygotowaniu rozmów z udziałem Władimira Putina. Taka sytuacja miała już miejsce w styczniu 2026 roku w Moskwie.

Do najbardziej widocznych efektów działań tego równoległego kanału należą wymiany jeńców po spotkaniach w Abu Zabi, tworzenie korytarzy humanitarnych czy uzgodnienia dotyczące sektora energetycznego, w tym uzyskiwanie licencji umożliwiających prowadzenie określonych transakcji mimo obowiązujących sankcji.

Jednocześnie Dmitrijew, którego aktywność międzynarodowa przez lata pozostawała w cieniu i była opisywana jedynie fragmentarycznie, stopniowo opuszcza „szarą strefę” nieformalnych kontaktów, tworząc wokół swojej działalności coraz silniejszy przekaz medialny. Świadczą o tym pojawiające się coraz częściej imponujące liczby: raz mowa o 300 miliardach dolarów, innym razem nawet o 14 bilionach. To kwota odpowiadająca sześciokrotności rosyjskiego PKB, a według parytetu siły nabywczej około dwukrotności rosyjskiego PKB. Można odnieść wrażenie, że celem Dmitrijewa jest przesunięcie dyskusji z obszaru politycznych ustępstw na grunt potencjalnych korzyści i strat gospodarczych o ogromnej skali.

Interesujący jest również sposób prowadzenia przez niego rozmów. Analizując wypowiedzi Dmitrijewa po wizytach w Stanach Zjednoczonych, można zauważyć wyraźne rozdzielenie dwóch porządków. Z jednej strony mówi on o „konstruktywnych spotkaniach poświęconych pokojowemu uregulowaniu konfliktu”, z drugiej o „produktywnych dyskusjach w ramach amerykańsko-rosyjskiej grupy roboczej ds. gospodarki”. Taka podwójna narracja nie jest przypadkowa. Oddaje istotę dyplomacji równoległej, w której kwestie polityczne przedstawiane są przez pryzmat interesów ekonomicznych.

Jednocześnie warto pamiętać, że największy atut Dmitrijewa stanowi zarazem jego największą słabość. Jest nią gospodarka. Jeżeli w przewidywalnej przyszłości zapowiadane przez niego ambitne projekty nie zaczną przynosić konkretnych rezultatów, ucierpi nie tylko jego wiarygodność jako menedżera, lecz także jako negocjatora. Optymizm Dmitrijewa, jego deklaracje o „postępie” i „pozytywnej dynamice” mogą pozostawać w sprzeczności z ocenami instytucji odpowiedzialnych za kwestie wojskowe i wywiadowcze. Ich spojrzenie na sytuację może znacząco odbiegać od retoryki stosowanej przez szefa RFPI.

Nie bez znaczenia pozostaje również jego aktywność w mediach społecznościowych. Ironiczne komentarze pod adresem Europy, takie jak opublikowane podczas forum w Davos zdjęcie polityków siedzących przy stole, na którym płonie Ziemia, czy też kpiny z byłego komisarza UE Thierry’ego Bretona, czynią z Dmitrijewa postać trudną do zaakceptowania dla części europejskich partnerów oraz części amerykańskiego establishmentu. Potwierdza to również przypisywana mu przez amerykańskiego sekretarza skarbu Scotta Bessenta etykieta „rosyjskiego propagandysty”.

Ostatecznie trudno mówić o nieskuteczności zespołów działających w ramach dyplomacji równoległej. Nie oznacza to jednak, że ludzie wywodzący się ze świata biznesu są dziś w stanie zastąpić tradycyjną dyplomację, nawet w rzeczywistości zmieniającej się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Ujmując rzecz metaforycznie, trader może wynegocjować cenę przekazania terytorium, ale nie samą decyzję o nieodwracalnych ustępstwach. To właśnie na etapie takich decyzji przebiega granica skuteczności dyplomacji równoległej.

Jakie są perspektywy dyplomacji równoległej?

W dzisiejszych realiach klasyczna dyplomacja koncentruje się przede wszystkim na artykułowaniu stanowisk, podczas gdy dyplomacja równoległa poszukuje sposobów wyjścia z impasu i analizuje warunki, na jakich takie wyjście mogłoby się dokonać. Jednocześnie tempo wydarzeń sprawia, że liczba tych impasów stale rośnie. Szczególnie dobrze widać to po tym, jak szybko dyskusja przesuwa się od „wojny Rosji z Ukrainą” do „wojny Rosji z Europą”.

W tym kontekście interesujące wydają się poszukiwania europejskiego pośrednika, który mógłby pomóc w zmniejszeniu napięć między Rosją a Unią Europejską. Jak dotąd rosyjskie propozycje, takie jak Gerhard Schröder, są odrzucane w Europie. Z kolei potencjalni kandydaci wskazywani po stronie europejskiej, jak Kaja Kallas czy Alexander Stubb, najprawdopodobniej nie zostaliby zaakceptowani na Kremlu. Angela Merkel sprawia natomiast wrażenie osoby, którą należałoby jeszcze długo przekonywać do powrotu do aktywnej roli mediatora. Z drugiej strony rosyjska opinia publiczna mogłaby tego nie zaakceptować, ponieważ negatywne skojarzenia związane z porozumieniami mińskimi pozostają wciąż żywe. Dlatego kwestia ponownego uruchomienia negocjacji i odświeżenia składu zespołów negocjacyjnych pozostaje bardziej aktualna niż kiedykolwiek wcześniej.

Można przypuszczać, że Rosja celowo zachowuje elastyczność i stosunkowo łagodnie podchodzi do niepowodzeń poszczególnych zespołów negocjacyjnych, wychodząc z założenia, że jej pozycja ma charakter reaktywny i to nie ona dysponuje inicjatywą. W sytuacji, gdy strona amerykańska ponownie dystansuje się od procesu negocjacyjnego, uwaga Moskwy coraz częściej kieruje się ku Europie. Czy europejskie stolice zdołają wyłonić własnego negocjatora i kto mógłby nim zostać? Jeżeli byłby to doświadczony polityk o dużym autorytecie, Rosja prawdopodobnie postawiłaby na aktywizację tradycyjnych kanałów dyplomatycznych. Jeżeli natomiast rolę tę powierzono by na przykład politykowi z Belgii, który odegrał istotną rolę w zablokowaniu konfiskaty rosyjskich aktywów w Euroclear, ponownie mogłoby okazać się przydatne doświadczenie ludzi wywodzących się ze świata biznesu i finansów.

Jedno wydaje się jednak oczywiste: ludziom biznesu nie udało się dotąd przełożyć dyplomacji z języka ultimatum na język wzajemnie korzystnych kompromisów. Polityka nadal kształtowana jest nie przez wartość potencjalnych kontraktów, lecz przez kolejne czerwone linie nakładane przez strony konfliktu. Dyplomacja równoległa nie zastąpiła klasycznej dyplomacji, ale stała się jej niezbędnym uzupełnieniem w sytuacji, gdy oficjalne kanały funkcjonują z ograniczoną skutecznością.

Pozostaje jednak pytanie, czy ta hybrydowa architektura, łącząca oficjalne rozmowy między przedstawicielami państw z nieformalnymi kontaktami biznesowymi, będzie w stanie przenieść proces z etapu prezentowania stanowisk do etapu poszukiwania konkretnych rozwiązań. Odpowiedź na razie nie jest znana. Sam fakt, że Kreml i Biały Dom, publicznie deklarując brak negocjacji, jednocześnie utrzymują działające kanały komunikacji, jest już znaczący. Kluczowe pozostaje jednak pytanie, dokąd kanały te ostatecznie prowadzą.

Kategoria:

Architektura wpływu,