Wspomnienia byłego ambasadora USA w Rosji Johna Sullivana zatytułowane „Midnight in Moscow” tylko formalnie przypominają kolejne dyplomatyczne pamiętniki amerykańskiego urzędnika o Rosji. W rzeczywistości jest to próba przedstawiciela starej amerykańskiej szkoły państwowej wyjaśnienia transformacji polityki Waszyngtonu za administracji Donalda Trumpa i Joe Bidena w momencie, gdy relacje między Stanami Zjednoczonymi a Rosją coraz szybciej zmierzały ku największemu kryzysowi od czasów zimnej wojny, co ostatecznie doprowadziło do wybuchu wojny na Ukrainie.
Autor nie próbuje demonizować Donalda Trumpa. Nie demonizuje też Rosji. Nie popada w typową liberalną publicystykę o „końcu demokracji” i nie kreuje się na bojownika przeciwko „autorytaryzmowi”. Właśnie dlatego jego obserwacje okazują się ciekawsze niż większość podobnych politycznych wspomnień z ostatnich lat.
Przed czytelnikiem nie stoi ideolog ani polityczny aktywista, lecz klasyczny przedstawiciel starej amerykańskiej szkoły państwowej: republikanin, prawnik, człowiek systemu, który przez dekady wierzył w trwałość amerykańskich instytucji, procedur i zasad. Tym boleśniej odbierał fakt, że za czasów Trumpa amerykańska machina państwowa coraz bardziej zaczynała funkcjonować w trybie permanentnej improwizacji.
Jedną z pierwszych zaskakujących scen w książce jest reakcja samego Trumpa na decyzję autora o wyjeździe do Moskwy w charakterze ambasadora. Prezydent szczerze nie rozumiał, dlaczego zastępca sekretarza stanu dobrowolnie zgadza się na stanowisko, które w waszyngtońskiej elicie biurokratycznej było już postrzegane raczej jako degradacja niż awans.
W tamtym czasie Moskwa od dawna nie była dla amerykańskiego aparatu dyplomatycznego prestiżowym kierunkiem. Wręcz przeciwnie, uchodziła za trudną i psychicznie wyczerpującą placówkę, gdzie dyplomacja od dawna splatała się z działalnością wywiadowczą, sankcjami, zarządzaniem kryzysowym i atmosferą permanentnej nieufności.
Jak wspomina Sullivan, Trump był tak zdziwiony jego decyzją o wyjeździe do Moskwy, że początkowo uznał, iż sekretarz stanu Mike Pompeo po prostu próbuje pozbyć się swojego zastępcy. Prezydent kilka razy dopytywał, czy Sullivan naprawdę chce wyjechać do „zimnej i wrogiej Moskwy”. W podobny sposób zareaguje później także Joe Biden, gdy dyplomata zdecyduje się pozostać ambasadorem po zmianie administracji.
Motyw ten przewija się przez całą książkę: Moskwa w amerykańskiej kulturze dyplomatycznej dawno przestała być atrakcyjną placówką kariery. Dla Amerykanów jest to kierunek związany z ogromną presją psychiczną. Nieprzypadkowo były ambasador USA w Rosji, a późniejszy dyrektor CIA William Burns przyznał Sullivanowi, że to właśnie służba w Moskwie przysporzyła mu siwych włosów.
Biały Dom: polityka improwizacji
Im dalej czyta się książkę, tym wyraźniej widać główny paradoks tych wspomnień. Autor jedzie pracować do kraju, który amerykański establishment polityczny od dawna uważa za klasyczny system personalistyczny, jednak coraz częściej dostrzega podobne mechanizmy już we własnym państwie, wewnątrz własnej administracji.
Sullivan szczegółowo opisuje chaos kadrowy w administracji Trumpa: miesiącami nieobsadzone kluczowe stanowiska, przeciążonych urzędników pełniących obowiązki oraz atmosferę nieustannej improwizacji administracyjnej. Niektóre najważniejsze funkcje w Departamencie Stanu pozostawały nieobsadzone przez lata. Jednocześnie najwyżsi urzędnicy dowiadywali się o dymisjach z Twittera. Nawet sekretarz stanu Rex Tillerson został faktycznie zwolniony jednym krótkim wpisem prezydenta w mediach społecznościowych.
Wszystko to opisane jest bez histerii i politycznych oskarżeń, jednak właśnie w tej spokojnej tonacji wyczuwa się główne napięcie książki. Przed czytelnikiem stoi człowiek systemu, który krok po kroku pokazuje, jak amerykański system zaczyna się degradować.
Szczególnie wymowna jest scena tuż przed wyjazdem Sullivana do Moskwy. Dyplomata przyjeżdża do Białego Domu na spotkanie z Trumpem. Prezydent USA niespodziewanie zmienia jednak harmonogram, by spotkać się ze swoim politycznym sojusznikiem Chrisem Christie, a przyszły ambasador przez kilka godzin czeka w Zachodnim Skrzydle. Ostatecznie Sullivan wraca do Departamentu Stanu, nie zamieniwszy z prezydentem ani słowa.
Problem nie polega nawet na osobistym stosunku Trumpa do dyplomaty. Znacznie bardziej symptomatyczne jest coś innego: prezydent światowego mocarstwa nie uważa za konieczne odbycia poważnej rozmowy z człowiekiem wysyłanym na jedną z najtrudniejszych placówek dyplomatycznych świata. W tym momencie książka wykracza daleko poza ramy zwykłych wspomnień dyplomatycznych. Autor krok po kroku dokumentuje zanik systemu instytucjonalnych procedur, na których przez dziesięciolecia opierało się funkcjonowanie państwa amerykańskiego.
Sullivan nie sprawia wrażenia człowieka, który chce politycznie zniszczyć Trumpa. Wręcz przeciwnie, otwarcie przyznaje, że głosował na niego w wyborach w 2016 roku. Jest klasycznym republikańskim aparatczykiem starej szkoły, szczerze wierzącym w ciągłość państwa, siłę instytucji i autonomię aparatu państwowego.
Osobny wątek stanowią przecieki dotyczące nominacji kadrowych, które regularnie trafiały do mediów jeszcze przed podjęciem ostatecznych decyzji.
Dla człowieka starej amerykańskiej szkoły państwowej był to niemal szok. Przez dziesięciolecia pracy w Waszyngtonie Sullivan nigdy wcześniej nie zetknął się z tak wysokim poziomem publicznego omawiania wewnętrznych procesów kadrowych.
Formalnie Biały Dom nie jest oskarżany o organizowanie tych przecieków. Z relacji autora wyłania się jednak wrażenie, że administracja Trumpa wielokrotnie wykorzystywała media jako narzędzie testowania przyszłych decyzji politycznych. Informacje o możliwych nominacjach najpierw pojawiały się w gazetach i telewizji, po czym Biały Dom obserwował reakcje Kongresu, mediów, elit partyjnych i opinii publicznej. Jeśli reakcja okazywała się negatywna, zawsze można było twierdzić, że chodziło jedynie o spekulacje dziennikarskie.
W tym miejscu książka zaczyna pokazywać, jak współczesna polityka amerykańska coraz bardziej odchodzi od klasycznego modelu instytucjonalnego na rzecz systemu permanentnego manewrowania informacyjnego, w którym przecieki, sygnały medialne i reakcje opinii publicznej stają się częścią samego procesu podejmowania decyzji.
Na tym tle szczególnie wymowna wydaje się scena oficjalnego pożegnania przed wyjazdem do Moskwy. Po odwołanym spotkaniu z Trumpem Sullivan wraca do Departamentu Stanu, gdzie na ceremonii zaprzysiężenia pojawia się kilkaset osób: rodzina, współpracownicy, wysocy urzędnicy administracji i przedstawiciele Białego Domu. Wśród gości znajdują się również Ivanka Trump i Jared Kushner.
Powstaje wrażenie, że rodzina prezydenta i jego najbliższe otoczenie wykazują czasem większe zainteresowanie polityką zagraniczną niż sam prezydent. Trump nadal nie znajduje czasu, by porozmawiać z własnym ambasadorem przed wysłaniem go do Rosji. Co więcej, Sullivan później przyznaje, że po tym wydarzeniu już nigdy więcej nie rozmawiał z Trumpem osobiście.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jedynie na kolejny epizod chaosu administracyjnego. Jednak wraz z kolejnymi stronami książki podobne sceny zaczynają układać się w szerszy obraz. W dużej mierze tłumaczy to, dlaczego za Trumpa polityka zagraniczna USA stopniowo przesuwała się z obszaru klasycznej dyplomacji instytucjonalnej do sfery osobistych relacji, rodzinnych powiązań i wąskiego kręgu zaufanych ludzi prezydenta.
Właśnie tutaj zaczynają być widoczne kontury modelu zarządzania, który ujawni się jeszcze wyraźniej podczas drugiej kadencji Trumpa. Choć sam autor o tym okresie już nie pisze, łatwiej zrozumieć logikę funkcjonowania administracji Trumpa, w której znacząca część wrażliwych kierunków polityki międzynarodowej opiera się nie tyle na klasycznym aparacie dyplomatycznym, ile na wąskim gronie ludzi osobiście lojalnych wobec prezydenta.
Sullivan wspomina również, jak Trump praktycznie bez wcześniejszych konsultacji z Departamentem Stanu zgodził się na osobiste spotkanie z Kim Dzong Unem po propozycji przekazanej przez południowokoreańskiego przedstawiciela. Decyzja została podjęta impulsywnie: prezydent nie konsultował się z aparatem polityki zagranicznej i od razu zaczął omawiać możliwe miejsca negocjacji.
Wymowne jest to, że jednym z proponowanych miejsc spotkania Trump uczynił Las Vegas. Dla amerykańskiego prezydenta i byłego biznesmena była to efektowna sceneria dla wielkiego historycznego porozumienia. Dla zamkniętego systemu północnokoreańskiego taki pomysł był jednak od początku całkowicie nie do przyjęcia.
Gdy Rex Tillerson dowiedział się o decyzji Trumpa, przez pewien czas pozostawał w stanie szoku, jednak szybko się opanował i polecił natychmiast dostosować amerykańską machinę dyplomatyczną do nagłej decyzji prezydenta. Właśnie w takich epizodach szczególnie wyraźnie widać, jak polityka zagraniczna USA za Trumpa coraz bardziej zaczynała przypominać połączenie autokratycznego stylu zarządzania, politycznego spektaklu i irracjonalnej improwizacji.
Sprzeczności amerykańskiej polityki zagranicznej
Czytelnik stopniowo zostaje doprowadzony do jednej z najważniejszych myśli całej książki: problem administracji Trumpa nie polegał wyłącznie na chaosie kadrowym czy impulsywności samego prezydenta. Znacznie poważniejsze było narastające rozchodzenie się osobistej dyplomacji Trumpa z realną polityką amerykańskiego aparatu państwowego.
Z jednej strony prezydent nieustannie mówił o możliwości „dogadania się” z Rosją, podkreślał swoje szczególne relacje z Putinem i próbował budować politykę międzynarodową poprzez osobiste kontakty między przywódcami.
Z drugiej jednak strony właśnie za Trumpa Stany Zjednoczone jednocześnie zaostrzały sankcje wobec Rosji, zamykały rosyjskie konsulaty, wydalały dyplomatów, dostarczały Ukrainie przeciwpancerne systemy Javelin, wycofały się z traktatu INF i kontynuowały zwiększanie presji na Moskwę praktycznie na wszystkich kierunkach.
W tym miejscu pojawia się jedna z najmocniejszych myśli całej książki: amerykańska polityka zagraniczna za Trumpa zaczyna przypominać funkcjonowanie dwóch równoległych rzeczywistości. Prezydent mówi jedno. Aparat państwowy robi coś innego. Publiczna retoryka coraz bardziej rozmija się z praktyczną polityką. Sojusznicy coraz gorzej rozumieją rzeczywisty kurs Waszyngtonu. Moskwa również.
W pewnym momencie powstaje wrażenie, że amerykańska polityka zagraniczna staje się nieprzewidywalna nie tylko dla przeciwników USA, lecz nawet dla własnych dyplomatów i urzędników.
John Sullivan na granicy dymisji
Szczególnie wymowna jest historia związana z sankcjami wobec Rosji po wydarzeniach w Salisbury. Sankcje zostały uzgodnione wewnątrz administracji i wcześniej przedstawione Białemu Domowi. Pracownicy Rady Bezpieczeństwa Narodowego nie poinformowali jednak o nich samego Trumpa.
W rezultacie prezydent USA dowiedział się o nowych sankcjach z porannych gazet i wpadł w furię, uznając, że przeciwko niemu działa „deep state”, próbujące sabotować jego relacje z Rosją. Wczesnym rankiem Trump zadzwonił do Mike’a Pompeo i zażądał zwolnienia człowieka, który podpisał pakiet sankcyjny. Tym człowiekiem okazał się sam autor wspomnień.
Scena opisana jest całkowicie spokojnie, niemal rutynowo. Problem nie polegał nawet na samych sankcjach. Według Sullivana były one w pełni uzasadnione zarówno politycznie, jak i prawnie. Znacznie bardziej symptomatyczna okazuje się reakcja amerykańskiego prezydenta, który autonomiczne funkcjonowanie własnego aparatu państwowego zaczyna postrzegać jako możliwy spisek przeciwko sobie.
W praktyce książka opisuje zderzenie dwóch modeli państwa. Dla starej amerykańskiej biurokracji państwo to przede wszystkim procedury, instytucje i aparat posiadający własną logikę działania. Dla Trumpa natomiast, przynajmniej według przedstawionych opisów, każda autonomia systemu coraz częściej zaczyna wyglądać jak osobista nielojalność wobec prezydenta.
Autor prowadzi czytelnika do jeszcze jednej ważnej myśli, którą później właściwie formułuje już wprost: Trump szczerze uważa, że wszystko, co politycznie dobre dla niego samego, automatycznie jest dobre również dla Stanów Zjednoczonych, choć odwrotna zależność, zdaniem Sullivana, wcale nie musi być prawdziwa.
Rosja jako „państwo wywiadowcze”
Jednym z kluczowych pojęć, za pomocą których Sullivan próbuje wyjaśnić współczesną Rosję, staje się określenie „państwo wywiadowcze”. Jak sam przyznaje, po raz pierwszy usłyszał tę formułę od jednego z wysokich rangą funkcjonariuszy brytyjskiego MI6. Później stała się ona jednym z głównych sposobów opisywania rosyjskiego systemu politycznego w całej książce.
Nieustannie powraca myśl, że rosyjska dyplomacja, polityka zagraniczna i znaczna część administracji państwowej są głęboko splecione z logiką służb specjalnych i rywalizacji wywiadowczej. W tym ujęciu Rosja jawi się jako państwo, w którym kwestie bezpieczeństwa determinują praktycznie wszystkie kluczowe procesy polityki zagranicznej.
Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tej logiki jest wieloletnia wojna dyplomatyczna między Moskwą a Waszyngtonem dotycząca wiz i personelu dyplomatycznego. Strona amerykańska tłumaczyła ograniczenia wobec rosyjskich dyplomatów tym, że wśród pracowników ambasad i konsulatów regularnie wykrywano funkcjonariuszy rosyjskich służb specjalnych działających pod przykrywką dyplomatyczną.
Rosja odpowiadała analogicznymi ograniczeniami wobec amerykańskich dyplomatów i personelu technicznego, co stopniowo doprowadziło do drastycznego ograniczenia amerykańskiej obecności w kraju.
Jednocześnie Sullivan, prawdopodobnie nieświadomie, bardzo wyraźnie pokazuje, jak głęboko również amerykańska dyplomacja została wbudowana w strukturę działalności wywiadowczej.
Praktycznie cała praca autora w Moskwie przebiegała w nieustannym kontakcie z amerykańską wspólnotą wywiadowczą, brytyjskimi partnerami i sojusznikami z Five Eyes. Sullivan szczegółowo opisuje niekończące się konsultacje z CIA, NSA i DIA, wymianę danych wywiadowczych, przechwyty techniczne, zdjęcia satelitarne i zamknięte analizy dotyczące działań Rosji.
Stopniowo pojawia się niemal lustrzany paradoks: Rosja oskarżana jest o przekształcenie dyplomacji w przedłużenie działalności wywiadowczej, podczas gdy amerykańska dyplomacja sama opisywana jest głównie przez pryzmat aktywności wywiadowczej.
Szczególnie wymowna jest sytuacja wokół Konsulatu Generalnego USA we Władywostoku. Formalnie chodziło jedynie o jedną z amerykańskich placówek dyplomatycznych w Rosji. Jednocześnie autor otwarcie przyznaje, że jej obecność miała kluczowe znaczenie. To właśnie obecność we Władywostoku pozwalała Stanom Zjednoczonym zbierać dane wywiadowcze dotyczące rozwoju relacji rosyjsko-chińskich, oceniać aktywność wojskową w regionie, obserwować współpracę Rosji z Koreą Północną i monitorować sytuację na Dalekim Wschodzie.
W tym miejscu pojawia się kolejny ważny paradoks książki. Z jednej strony Sullivan szczegółowo opisuje, jak USA oskarżały rosyjskie placówki dyplomatyczne o działalność szpiegowską i ograniczały wydawanie wiz rosyjskim dyplomatom. Z drugiej strony sam pokazuje, jak ważnym elementem amerykańskiej działalności wywiadowczej była obecność dyplomatyczna na Dalekim Wschodzie.
Empatia w wywiadzie i dyplomacji
Na tym tle szczególnie interesująco wypada inny wymiar książki, czyli osobisty stosunek autora do Rosji. John Sullivan otwarcie przyznaje, że jeszcze na długo przed rozpoczęciem kariery dyplomatycznej szczerze interesował się Rosją. Jedną z jego pierwszych dalekich podróży zagranicznych był wyjazd do Związku Radzieckiego latem 1989 roku. Wówczas przyszły dyplomata odwiedził wraz z żoną Moskwę, Leningrad, Kijów i Jałtę. Jednocześnie autor nieustannie próbuje zrozumieć Rosję, nie przestając postrzegać jej jako głównego geopolitycznego przeciwnika Stanów Zjednoczonych.
W tym miejscu wspomnienia Sullivana nieoczekiwanie nawiązują do innej ważnej myśli, która pojawiała się wcześniej w książce „46 sekund” Xaviera Messinga. Tam również wybrzmiewa idea, że skuteczne przeciwstawianie się przeciwnikowi nie polega wyłącznie na nienawiści wobec niego. Wręcz przeciwnie, efektywne działanie przeciwko silnemu rywalowi wymaga zrozumienia jego kodu kulturowego, sposobu myślenia i wewnętrznej logiki działania.
U Sullivana ta sama idea pojawia się już nie jako teoria działalności wywiadowczej, lecz jako praktyczna filozofia dyplomacji. Wymowne jest to, że nawet w najbardziej napiętych momentach konfrontacji między Moskwą a Waszyngtonem autor stara się właśnie takim podejściem kierować.
Moskwa na osi Waszyngton–Pekin
W swoich wspomnieniach John Sullivan zwraca uwagę na istotny szczegół, który wyraźnie odbiega od wielu popularnych wyobrażeń dotyczących polityki Trumpa wobec Rosji. W rosyjskiej przestrzeni medialnej często pojawia się teza, że administracja Trumpa próbowała poprzez poprawę relacji z Moskwą oderwać Rosję od Chin i osłabić strategiczne zbliżenie obu państw.
Wspomnienia dyplomaty pokazują jednak znacznie bardziej złożony obraz sytuacji. Owszem, Waszyngton rzeczywiście postrzegał Chiny jako główne długoterminowe wyzwanie strategiczne dla Stanów Zjednoczonych. Z książki wynika jednak jasno, że Rosja była wówczas postrzegana raczej jako niezbędny uczestnik przyszłego dialogu z Pekinem dotyczącego globalnej architektury bezpieczeństwa i kontroli zbrojeń nuklearnych.
Sullivan szczegółowo opisuje próby zaangażowania Chin w przyszłe negocjacje dotyczące strategicznych zbrojeń. Nie chodziło o włączenie Pekinu do istniejącego traktatu New START, jak później interpretowała to część amerykańskich mediów, lecz o rozpoczęcie rozmów dotyczących nowej generacji porozumień, które musiałyby uwzględniać szybki rozwój chińskiego potencjału nuklearnego.
Według autora sam Trump wykazywał ogromne zainteresowanie tym tematem, przy czym nie tyle ze względów geopolitycznych, ile z powodu gigantycznych kosztów utrzymania i modernizacji amerykańskiej triady nuklearnej. W logice Trumpa włączenie Chin do przyszłych negocjacji rozbrojeniowych mogłoby nie tylko ograniczyć ryzyko nowego wyścigu zbrojeń, ale także pozwolić Stanom Zjednoczonym na zmniejszenie ogromnych wydatków budżetowych.
Z opisów tych negocjacji wyraźnie wynika, że Waszyngton przeceniał możliwości Moskwy wpływania na strategiczne decyzje Pekinu, podczas gdy rosyjskie kierownictwo znacznie lepiej rozumiało stanowisko Chin w tej kwestii.
Amerykański wywiad: satelity nie zastąpią agentury
W końcowej części książki autor przechodzi do prawdopodobnie najciekawszego okresu, czyli ostatnich miesięcy i ostatniej nocy przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Szczegółowo opisuje funkcjonowanie amerykańskiej wspólnoty wywiadowczej: nieustanne konsultacje z CIA, zamknięte briefingi, wymianę informacji z sojusznikami z Five Eyes oraz ogromny strumień danych wywiadowczych, który pod koniec 2021 roku dosłownie zalał amerykańską machinę dyplomatyczną.
Według wspomnień Sullivana praktycznie wszystkie kluczowe struktury amerykańskiego wywiadu, czyli CIA, NSA, DIA oraz biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego, pozostawały z nim w stałym kontakcie, omawiając sytuację wokół Ukrainy.
Amerykański wywiad obserwował przerzuty rosyjskich wojsk, zmiany logistyczne, ruchy jednostek wojskowych i koncentrację sił przy granicach Ukrainy. Z relacji autora wynika, że Stany Zjednoczone po raz pierwszy na taką skalę wykorzystywały dane wywiadowcze jako instrument publicznej presji politycznej, stopniowo odtajnianiając część zdobytych informacji.
I właśnie tutaj pojawia się jedna z najciekawszych linii całej książki. Pomimo ogromnej ilości danych wywiadu technicznego, obejmujących zdjęcia satelitarne, przechwyty radiotechniczne i analizę ruchów rosyjskich wojsk, amerykańskie oceny aż do samego końca pozostawały jedynie ocenami prawdopodobieństwa. Najważniejsze pytanie nieustannie sprowadzało się do jednego: będzie czy nie będzie?
Z relacji dyplomaty wynika, że Waszyngton posiadał praktycznie wszystko, co pozwalało zrozumieć skalę rosyjskich przygotowań wojskowych, poza najważniejszym elementem: dokładną wiedzą o momencie podjęcia ostatecznej decyzji politycznej.
Właśnie to staje się szczególnie widoczne na tle bardzo szczegółowych opisów stałych kontaktów z amerykańską wspólnotą wywiadowczą i sojusznikami z Five Eyes. Książka pozostawia wyraźne wrażenie, że mimo ogromnych możliwości amerykańskiego wywiadu technicznego USA nie dysponowały wiarygodnymi źródłami agenturalnymi wewnątrz rosyjskiego kierownictwa politycznego, które mogłyby z wyprzedzeniem dać stuprocentowe potwierdzenie rozpoczęcia operacji.
Być może właśnie w tym miejscu „Midnight in Moscow” staje się szczególnie interesujące już nie tylko jako dyplomatyczne wspomnienia, ale również jako rzadkie pośrednie świadectwo ograniczeń jednej z najpotężniejszych wspólnot wywiadowczych świata.
Ostatecznie książka prowadzi do dość nieoczywistego wniosku. XXI wiek, konstelacje satelitów, globalne systemy przechwytu i analiza danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji nie unieważniły podstawowej zasady działalności wywiadowczej: nawet najbardziej zaawansowane technologie nie są w stanie całkowicie zastąpić dobrze rozwiniętej agentury.