Na początku kwietnia, gdy wojna USA i Izraela przeciwko Iranowi przekroczyła psychologiczną granicę jednego miesiąca, a zapasy uzbrojenia przeznaczonego do pierwszego, niszczycielskiego uderzenia zaczęły się wyczerpywać, Donald Trump zrobił dokładnie to, czego się po nim spodziewano: ogłosił, że cele operacji specjalnej zostały w dużej mierze osiągnięte, a sama kampania zbliża się do końca. Chęć administracji USA, by wyjść z irańskiej historii, jest całkowicie zrozumiała, ale jednocześnie trudna do realizacji.
Colin Powell powiedział kiedyś George’owi W. Bushowi przed rozpoczęciem wojny w Iraku: „If you break it, you own it” („Jeśli coś zniszczysz — odpowiadasz za to”). I rzeczywiście — ówczesnemu prezydentowi USA nie udało się wyjść z irackiej historii bez konsekwencji. Tak samo dziś mało prawdopodobne wydaje się eleganckie wyjście Trumpa z konfliktu, który sam współorganizował na Bliskim Wschodzie.
Jednocześnie jest oczywiste, że administracja obecnego prezydenta USA nie przestanie szukać szybkich zwycięstw, a co do kolejnego celu większej intrygi nie ma — „Tak, Kuba będzie następna” (cytat przypisywany Trumpowi).
Dlaczego Kuba nie stanie się „drugą Wenezuelą”
Większość uważnych analityków, jak również osób dobrze znających kubańską specyfikę, przedstawia raczej ponure prognozy. Kubańskie społeczeństwo i władze są zahartowane przez dekady różnego rodzaju ograniczeń, ale nie jest to zasób niewyczerpalny.
Pierwszym i najbardziej logicznym pytaniem jest możliwość powtórzenia na Kubie „scenariusza wenezuelskiego”. Po głębszym namyśle należy jednak taki wariant odrzucić. Mimo geograficznej bliskości sytuacja na Kubie ma swoje unikalne cechy.
Po pierwsze, stabilność polityczna kubańskiego reżimu opiera się w dużej mierze na Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (Ministerio Interior) — strukturze wzorowanej na radzieckim połączeniu KGB i MSW, uznawanej za jedną z najskuteczniejszych służb specjalnych w Ameryce Łacińskiej. Według wiarygodnych publicznych raportów służba ta udaremniła ponad 600 prób zamachu na Fidela Castro i kierownictwo państwa. Powtórzenie scenariusza wenezuelskiego — w którym elity rozpadają się od środka, a część kluczowych postaci przechodzi na stronę Amerykanów — wydaje się na Kubie mało prawdopodobne. Poziom kontroli nad elitami i aparatem siłowym jest tam znacznie wyższy.
Po drugie, istnieje istotna różnica między Nicolásiem Maduro a Miguelem Díaz-Canelem. Ten pierwszy został przez USA przedstawiony jako przestępca — niezależnie od sporów wokół tej kwestii postawiono mu zarzuty związane z handlem narkotykami i zgromadzono określony materiał dowodowy.
Na Kubie natomiast jeszcze za czasów Fidela Castro przeprowadzono swoistą „szczepionkę” przeciwko próbom zarabiania przez wojskowych na narkobiznesie. W 1989 roku za organizację transportu 6 ton kokainy przez kubańskie wody terytorialne dla kartelu z Medellín oraz inne przestępstwa stracony został jeden z ulubionych dowódców Fidela — generał Arnaldo Ochoa Sánchez. Egzekucja transmitowana w telewizji wstrząsnęła Kubą. Ochoa Sánchez był jednym z najbliższych współpracowników Castro i przeszedł z nim całą drogę wojenną.
Co ciekawe, generał nie planował niczego „antykubańskiego” — chciał po prostu pomóc Kolumbijczykom trochę „podtruć” narkotykami znienawidzonych Amerykanów i zarobić na korytarzu przerzutowym. Fidel jednak nie docenił tego pomysłu, wysyłając jasny sygnał pozostałym wojskowym. Od tego czasu nie odnotowano na Kubie poważnych przypadków związanych z handlem narkotykami. Nawet jeśli podobne rzeczy mają miejsce, nie są na tyle duże, by można było ogłosić prezydenta kraju przestępcą.
Jeśli więc „scenariusz wenezuelski” nie jest realny, to czym mogłoby być zwycięstwo Trumpa i czy w ogóle jest ono możliwe? Biorąc pod uwagę obecność bazy Guantanamo w niebezpiecznej bliskości Hawany, nie można całkowicie wykluczyć choćby uderzenia dronowego w „centra decyzyjne”.
Administracja USA na razie jednak podąża dobrze znaną drogą, demonstrując — jak określają to eksperci — „kontrolowane okrucieństwo”: najpierw dusi gospodarkę, a następnie lekko odkręca zawór jako gest wielkoduszności.
Rosyjska ropa i logika amerykańskich ustępstw
Takim zaworem stała się obecnie dostawa na Kubę ponad 700 tysięcy baryłek rosyjskiej ropy na tankowcu „Anatolij Kołodkin”. Inny statek — Sea Horse — który również kierował się w stronę Kuby, ostatecznie wpłynął do portu w Wenezueli.
Niepewność wokół dostawy (początkowo oficjalnie nie potwierdzano kierunku rejsu tankowców, nie było jasne, czy dotrą do celu i czy pozwoli się im rozładować) wynikała z faktu, że Rosja musiała negocjować z USA, aby dostawy zostały uznane za pomoc humanitarną, a nie za naruszenie blokady. 4. Flota USA ściśle kontroluje Morze Karaibskie. Formalnie Waszyngton wymaga, aby każda pomoc przechodziła przez sektor prywatny i trafiała do ludności, a nie do rządu. Rosja z kolei forsowała tezę, że paliwo jest podstawowym ładunkiem humanitarnym, bez którego kryzys humanitarny byłby nieunikniony.
Jak widać, udało się osiągnąć porozumienie dotyczące ilości wystarczającej mniej więcej na miesiąc przetrwania wyspy. Powrót do praktyki „tankowcowego ropociągu”, kiedy do Kuby płynął niemal nieprzerwany strumień dostaw (praktyka ta została definitywnie zakończona za Michaiła Gorbaczowa, a Hawana przestawiła się na dostawy z Wenezueli i Meksyku), jest dziś z oczywistych powodów niemożliwy. Wymowne jest również to, że Chiny, które w dużej mierze zastąpiły Kubie dawny ZSRR, zawróciły swój jedyny tankowiec z pomocą niemal natychmiast po jego wypłynięciu.
Pekin, Moskwa i nowa karaibska geopolityka
Teorii o wojskowym ratowaniu Kuby przez sojuszników nie ma nawet sensu rozpatrywać poważnie. Maksimum, jakie można sobie wyobrazić, to nagłe pojawienie się rosyjskiego okrętu podwodnego — bardziej w celu wywołania niepokoju w amerykańskiej flocie w ramach jakiejś skomplikowanej gry geopolitycznej z Bałtykiem, Morzem Czarnym i Ormuzem w tle.
Jednak również to pozostawmy miłośnikom przesadnie skomplikowanych konstrukcji. W praktyce wszystko wygląda jak zwykle. Pekin będzie czekał, czy Moskwa zdecyduje się na wyraźniejszy ruch wojskowo-polityczny. Moskwa natomiast będzie podkreślać, że Kuba jest znacznie ważniejsza dla Chin, więc to właśnie Pekin powinien się angażować.
Kontrolowane ustępstwa i przyszłość Hawany
Tymczasem Hawana znalazła się w sytuacji, w której musi działać tu i teraz, dlatego weszła już na drogę tak zwanych kontrolowanych ustępstw: liberalizacji gospodarczej przy zachowaniu politycznego monopolu, dialogu z USA oraz stopniowego powrotu amerykańskiego kapitału przy formalnym utrzymaniu socjalistycznej retoryki. Jednym z kluczowych celów Trumpa jest oficjalne włączenie Kuby do dolarowego obszaru wpływów ze wszystkimi tego konsekwencjami (dolar amerykański już teraz funkcjonuje na wyspie swobodnie, choć nieoficjalnie). Sam ten fakt zostanie przedstawiony jako zdecydowane zwycięstwo, a hasła, pod jakimi występują miejscowe władze, Trumpa specjalnie nie interesują.
Administracja USA nie ukrywa również planów wymiany przywódcy Kuby — nieprzypadkowo Marco Rubio, Kubańczyk z pochodzenia, spotkał się z wnukiem byłego przywódcy Raúla Castro — Raúlem Guillermo Rodríguezem Castro. Równie dobrze może to jednak być element gry mającej uczynić Miguela Díaz-Canela bardziej skłonnym do kompromisu. I pewne oznaki tej gotowości już widać.
Po raz pierwszy wpływowy kubański urzędnik publicznie zaprosił amerykańskie korporacje oraz emigrantów z Miami (którzy do dziś roszczą sobie prawa do niszczejących domów w centrum Hawany) do powrotu na wyspę.
Chodzi o głośny wywiad wicepremiera i ministra handlu zagranicznego Kuby Óscara Pérez-Olivii Fragi — stryjecznego wnuka Fidela Castro — który stwierdził, że „Kuba jest gotowa na elastyczną współpracę handlową z amerykańskimi firmami”.
Ostatecznie pytanie nie brzmi dziś, czy Kuba będzie się zmieniać, lecz czy obecnym władzom uda się utrzymać kontrolę nad tym procesem. W przeciwnym razie wszystko może ponownie potoczyć się według hollywoodzkiego scenariusza z efektownymi operacjami desantowymi i nagłymi wybuchami przemocy.
Należy zakładać, że wszystkie te warianty — mówiąc potocznie — „leżą na stole”. Wszystko zależy jednak od tego, czy obecnej administracji USA uda się wyjść z irańskiej historii przy ograniczeniu strat, czy też całkowicie utraci kontrolę nad rozwojem wydarzeń.