Niedawno tak zwani izolacjoniści w Kongresie, wywodzący się ze środowiska MAGA, zaproponowali własny wariant misji wojskowej na Morzu Karaibskim — alternatywny wobec planu promowanego przez Donalda Trumpa. W szczególności kongresmeni zaproponowali wydawanie prywatnym firmom zezwoleń na samodzielną walkę z handlem narkotykami. W praktyce oznacza to próbę odrodzenia korsarstwa, kiedy osoby prywatne, kapitanowie i załogi statków otrzymywali od państwa specjalne upoważnienie — list kaperski — do atakowania i przejmowania okrętów państw uznawanych za wrogie w czasie wojny.

To, kim byli kaprzy — zwani również korsarzami lub prywaciarzami, zależnie od kraju, dla którego działali — jest dobrze znane miłośnikom historii. Dziś jednak trudno nie dostrzec analogii i nie zastanowić się, dlaczego podobna idea powraca właśnie w obecnym kontekście geopolitycznym.

Powrót korsarzy

Złoty okres korsarstwa przypadł na XVI–XVIII wiek — epokę wielkich potęg morskich i kolonialnych konfliktów. Regularne floty europejskich monarchii były wówczas stosunkowo słabe, utrzymywanie ich w czasie pokoju często okazywało się zbyt kosztowne i nie zawsze konieczne, a przekazanie prawa do prowadzenia wojny na morzu prywatnym podmiotom było w dużej mierze strategią niemal pozbawioną ryzyka. Osłabiało to potencjał gospodarczy przeciwnika, a jednocześnie pobudzało własną przedsiębiorczość. Kaprzy nie byli w pełni uznawani za piratów — posiadany patent nadawał im pewien rodzaj legalnego statusu.

Praktyka ta zakończyła się wraz z przyjęciem Deklaracji paryskiej o prawie morskim z 1856 roku, choć prawdziwą przyczyną zaniku korsarstwa było wzmocnienie flot wojennych oraz rozwój dyplomacji. Ta ostatnia stała się konieczna, ponieważ korsarskie statki często nadużywały swoich uprawnień i atakowały neutralne jednostki. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone odmówiły przystąpienia do Deklaracji paryskiej, co później było aktywnie wykorzystywane przez Południe podczas wojny secesyjnej.

Nowe zasady wojny na morzu

Współczesnych flot oczywiście nie można nazwać słabymi, jednak również one zostały wystawione na poważną próbę w warunkach gwałtownego rozwoju systemów bezzałogowych — zarówno powietrznych, jak i podwodnych. Z kolei to, co wydarzyło się w ostatnich latach w sferze wielkiej dyplomacji, coraz częściej przypomina paraliż. W rezultacie reguły gry na morzu zaczęły przybierać nowe formy — a odrodzenie korsarstwa, choć w zmienionej postaci, jest jedną z nich.

Nie chodzi tu wyłącznie o epizody u wybrzeży Wenezueli. Wcześniej doszło do serii incydentów z tankowcami na Morzu Bałtyckim, po których statki przewożące ropę objęto eskortą wojskową. Miały miejsce również eksplozje rosyjskich jednostek na Morzu Śródziemnym. Nie można też pominąć ostatnich ataków na statki na Morzu Czarnym. Wszystkie te wydarzenia należą do tego samego porządku: są skutkiem destabilizacji systemu prawnego i próbą narzucenia nowych zasad gry — od kwestii ubezpieczeń po prawo do wskazywania winnych. Ostatecznie to właśnie ten, kto ustanowi nowe reguły, okaże się zwycięzcą.

Kto ustala prawo morskie

Warto przypomnieć, że to właśnie morski segment prawa międzynarodowego — wraz z Konwencją o prawie morza — był jednym z najlepiej rozwiniętych obszarów globalnej współpracy prawnej. W pewnym sensie to właśnie z prawa morskiego wyrosło później również prawo lotnicze. Dziś jednak zarówno Karta Narodów Zjednoczonych, jak i całe prawo międzynarodowe są coraz częściej deptane i stosowane wybiórczo — zgodnie z zasadą „komu to wygodne”.

Przykładowo Stany Zjednoczone nie ratyfikowały Konwencji ONZ o prawie morza, ale chętnie odwołują się do niej wtedy, gdy trzeba ograniczyć interesy Chin. W ten sposób powstają kolejne spory prawne wokół niezamieszkałych „wysp konfliktu”.

Paradoksalnie spośród wszystkich stron atakujących statki na morzach to właśnie Huti znaleźli dla swoich działań najsilniejsze uzasadnienie prawne. Uderzając w izraelskie jednostki, powołują się oni na konwencję o ludobójstwie. I formalnie jest to argument prawny.

Cała sytuacja związana z odrodzeniem korsarstwa sprawia wrażenie powrotu do epoki żagli, imperialnych ambicji i rozmytych granic między wojną, biznesem i piractwem. Co ciekawe, Deklaracja paryska z 1856 roku została podpisana po wojnie krymskiej — a jeśli historia rzeczywiście zatacza koło, niewykluczone, że obecny cykl również zakończy się gdzieś wokół Morza Czarnego.

Trzeba też pamiętać, że prawa do działań quasi-pirackich nie da się zarezerwować wyłącznie dla jednej strony. Każde większe państwo jest w stanie wyposażyć własnych korsarzy. A to oznacza ryzyko wielkiej wojny morskiej o całkowicie nieprzewidywalnych konsekwencjach. W grę mogą wejść blokady morskie — tak jak Niemcy robiły to wobec Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej — i wiele innych działań, które uderzą w globalne łańcuchy dostaw.

Wypuścić dżina z butelki jest łatwo. Znacznie trudniej jest go potem zamknąć z powrotem.

Kategoria:

Architektura wpływu,