Waszyngton ponownie zaczął mówić o powrocie do rozmów rosyjsko-ukraińskich. Oświadczenie Marco Rubio o gotowości Stanów Zjednoczonych do wznowienia wysiłków dyplomatycznych, złożone pierwszego dnia sierpnia, padło niemal natychmiast po spotkaniu Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim. Według doniesień z Waszyngtonu amerykański prezydent miał przekonywać ukraińskiego przywódcę o konieczności zakończenia wojny. Wkrótce potem do Kijowa udają się znani Moskwie wysłannicy Trumpa — Steve Witkoff i Jared Kushner. W określonych okolicznościach ich misja może zostać rozszerzona również o wizytę w rosyjskiej stolicy.
W innych warunkach taki ciąg wydarzeń można byłoby uznać za wyraźny sygnał zbliżającego się nowego etapu rozmów pokojowych. Dziś jednak przypomina raczej kolejny dyplomatyczny przerywnik w wojnie, której uczestnicy publicznie deklarują gotowość do negocjacji, jednocześnie próbując wejść do nich z możliwie silniejszą pozycją.
Obecna runda nie oznacza wznowienia właściwych negocjacji. To raczej dyplomatyczny bilans strat i zysków: kto co utracił, kto zyskał przewagę i jakie ustępstwa jest gotów rozważyć w momencie, gdy każda ze stron poniosła serię dotkliwych ciosów. Uczestnicy nie przygotowują się wyłącznie do rozmowy — starają się wcześniej zmienić jej warunki i podnieść cenę kompromisu.
Czyj zegar tyka szybciej?
U podstaw obecnego impasu leży nie tylko niezgodność oficjalnych warunków stawianych przez strony. Jeszcze ważniejszy jest fakt, że Moskwa, Kijów i ich zachodni partnerzy inaczej oceniają upływ czasu i moment, w którym obecna sytuacja zacznie działać na ich niekorzyść.
Moskwa zakłada, że dalsze przedłużanie konfliktu będzie pogarszać położenie Ukrainy. Kurczą się zasoby ludzkie, rosną koszty odbudowy zniszczonej infrastruktury, narasta zmęczenie społeczne, a zachodnia pomoc napotyka ograniczenia produkcyjne oraz konkurencję ze strony innych priorytetów. Stąd rosyjska strategia dalszej presji militarnej: ataki na infrastrukturę energetyczną, przemysł obronny, węzły transportowe i porty. Całkowite zniszczenie ukraińskiej gospodarki jest obecnie zadaniem nierealnym. Jednak przekształcenie jej utrzymania w coraz bardziej kosztowne przedsięwzięcie dla Zachodu pozostaje celem możliwym do osiągnięcia.
Ta logika szczególnie wyraźnie widoczna jest na Morzu Czarnym. Ataki na Odessę, Czarnomorsk, infrastrukturę portową oraz jednostki handlowe ograniczają możliwości eksportowe Kijowa, które generowały około 20 mld dolarów rocznie (kwotę tę Ukraina z dużym prawdopodobieństwem będzie starała się uzyskać od swoich sojuszników). Równie istotny jest wzrost kosztów ubezpieczeń oraz konieczność ponownej oceny bezpieczeństwa szlaków przez armatorów. Formalna blokada morska nie została wprowadzona, jednak poziom ryzyka jest na tyle wysoki, że rynek zaczyna ograniczać żeglugę własnymi mechanizmami.
Kijów kalkuluje to inaczej. Dalekosiężne uderzenia na rosyjskie rafinerie, logistykę i obiekty wojskowe mają pokazać, że kontynuacja konfliktu nie pozostanie dla Rosji odległą „operacją ekspedycyjną”. Rosyjskie zaplecze ma coraz mocniej odczuwać ekonomiczny i infrastrukturalny koszt wojny, a Moskwa ma zrozumieć, że upływ czasu nie oznacza automatycznie poprawy jej pozycji.
Podobna logika widoczna jest również na Morzu Czarnym. Ukraińskie ataki na Noworosyjsk i Taman doprowadziły do wyłączenia terminali o łącznej przepustowości ponad 20 mln ton zboża rocznie. Taman praktycznie wstrzymał działalność, a Noworosyjsk ograniczył przyjmowanie statków masowych. W lipcu rosyjski eksport pszenicy spadł do 1,5 mln ton — najniższego poziomu od 2017 roku i o jedną trzecią mniej niż rok wcześniej. Jeśli ataki będą kontynuowane, może to przełożyć się na wzrost cen i zaburzenia na światowym rynku pszenicy sięgające nawet 15%.
Państwa europejskie z kolei zakładają, że ich mobilizacja przemysłu obronnego dopiero nabiera tempa. Im dłużej trwa konflikt, tym więcej kontraktów zostanie podpisanych, więcej linii produkcyjnych uruchomionych, a ukraiński sektor obronny zostanie mocniej zintegrowany z zachodnimi łańcuchami technologicznymi.
Stany Zjednoczone próbują natomiast pogodzić kilka różnych perspektyw czasowych jednocześnie: odbudować własne zapasy uzbrojenia, zapewnić Ukrainie środki obrony powietrznej i jednocześnie doprowadzić do politycznego rozwiązania konfliktu. Głośna historia dotycząca produkcji pocisków przechwytujących Patriot dobrze pokazuje tę sprzeczność. Na początku lipca Donald Trump publicznie mówił o gotowości udostępnienia Ukrainie licencji na produkcję rakiet, jednak pod koniec miesiąca zasugerował, że technologie te są zbyt wrażliwe, a Stany Zjednoczone „same ich potrzebują”. Jednocześnie koncern RTX (Raytheon) podpisał wielomiliardowy kontrakt na dostawy dla Ukrainy pocisków GEM-T, w których istotną rolę ma odegrać nowy zakład produkcyjny w Niemczech.
W rezultacie każdy z uczestników konfliktu uważa, że czas działa na jego korzyść. Dopóki to przekonanie pozostaje aktualne, szybki pokój będzie postrzegany jako przedwczesna rezygnacja z potencjalnych przyszłych przewag. W tej kalkulacji ktoś z pewnością się pomyli.
Dwie mobilizacje
Rzeczywistą treścią obecnego etapu konfliktu nie jest już rywalizacja dwóch armii, a nawet dwóch koalicji. To konkurencja dwóch modeli mobilizacyjnych.
Pierwszy z nich to model rosyjski. Opiera się na skali terytorium, własnej bazie surowcowej, dostosowaniu przemysłu obronnego do warunków wojennych, rozwoju systemów bezzałogowych oraz zdolności do utrzymywania długotrwałej presji militarnej. Sama głębia zasobów nie gwarantuje jednak sukcesu. Trzeba je jeszcze przełożyć na technologie, produkcję seryjną i sprawne decyzje zarządcze.
Przy stole negocjacyjnym zasiadają dyplomaci, ale ostatecznie to systemy przemysłowe i modele zarządzania decydują o realnej sile państw. Jeżeli opracowanie skomplikowanego rozwiązania przez wiele miesięcy krąży między resortami, a związek między potrzebami wojska i produkcją seryjną zostaje przerwany przez bariery biurokratyczne, nawet ogromne zasoby tracą część swojego znaczenia politycznego.
Drugi model jest zachodni. Jest znacznie bardziej rozproszony, przez co jednocześnie odporny i mniej elastyczny. NATO nie dysponuje jednym centrum przemysłu obronnego, które mogłoby natychmiast przesunąć zasoby tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Istnieją dziesiątki rządów, konkurujące ze sobą koncerny, długotrwałe procedury zakupowe oraz zależność od ograniczonej liczby producentów kluczowych komponentów.
Polityczne deklaracje często pojawiają się szybciej niż gotowe są nowe partie uzbrojenia. Środki finansowe można zatwierdzić decyzją parlamentu, ale tą samą drogą nie da się natychmiast wyszkolić inżynierów ani skrócić wieloletnich kolejek na dostawy zaawansowanych systemów obrony powietrznej.
Niebezpieczne byłoby jednak uznać, że Zachód nie dokonuje przebudowy własnego potencjału. Podczas lipcowego szczytu w Ankarze państwa NATO ogłosiły nowe zamówienia o wartości ponad 50 mld dolarów, rozszerzenie wspólnej produkcji oraz inwestycje w broń dalekiego zasięgu, precyzyjne środki rażenia, obronę powietrzną i systemy bezzałogowe. Europejscy sojusznicy oraz Kanada zobowiązali się przekazać Ukrainie pomoc wojskową o wartości 70 mld euro w 2026 roku i utrzymać nie mniejszy poziom wsparcia w roku 2027.
Równocześnie koncern Lockheed Martin zapowiedział, że w ciągu siedmiu lat zwiększy roczne zdolności produkcyjne pocisków PAC-3 MSE z 600 do 2000 sztuk. Czy uda się zrealizować te plany w zakładanym terminie? Pozostaje to kwestią otwartą. Kierunek zmian jest jednak wyraźny: Zachód przechodzi od zużywania istniejących zapasów do budowy nowej bazy przemysłowej.
W efekcie powstaje wyścig dwóch mobilizacji. Rosja zakłada, że zdoła zadać Ukrainie i jej sojusznikom wystarczające straty, zanim zachodnie inwestycje przekształcą się w masową produkcję. Zachód z kolei liczy na utrzymanie odporności Ukrainy — a w praktyce jej zdolności do dalszego funkcjonowania jako państwa — do momentu, gdy nowe zakłady i wieloletnie kontrakty zaczną zmieniać bilans zasobów.
Ta rywalizacja jest jednym z kluczowych powodów, dla których osiągnięcie szybkiego pokoju pozostaje tak trudne. Obie strony nadal wierzą, że ich własny model mobilizacji może przynieść większe korzyści niż ustępstwa przy stole negocjacyjnym.
Każdy z tych modeli ma jednak swoje słabe punkty. Dla Rosji są nimi ryzyko przeciążenia gospodarczego i administracyjnego, ograniczenia technologiczne oraz nadmierna centralizacja procesu decyzyjnego. Dla Zachodu — powolność podejmowania decyzji, wysokie koszty produkcji, niedobór specjalistów oraz rozbieżność interesów poszczególnych państw.
Nie obserwujemy więc starcia perfekcyjnie działającej maszyny z chaotycznym przeciwnikiem. To rywalizacja dwóch niedoskonałych systemów, których kluczowym testem jest wytrzymałość. Zwycięży nie ten, kto ma więcej zasobów zapisanych w statystykach, lecz ten, kto szybciej dostrzeże własne słabości i skuteczniej je wyeliminuje.
Czerwone linie na ruchomej mapie
Rywalizacji modeli mobilizacyjnych towarzyszy stopniowe podnoszenie stawki. Wielokrotne ogłaszanie przez Rosję kolejnych „czerwonych linii”, które nie zawsze spotykało się z wyraźną i proporcjonalną reakcją, stało się niemal przedmiotem żartów. Mogło to jednak utwierdzić zachodnie stolice w przekonaniu, że granice tego, co dopuszczalne, można przesuwać niemal bez końca.
Działa tu mechanizm przyzwyczajenia. Nowa kategoria uzbrojenia, zwiększenie zasięgu rażenia, udział zagranicznych specjalistów, zewnętrzne wskazywanie celów czy ataki na obiekty położone w głębi terytorium — każdy z tych kroków z osobna może wydawać się niewystarczającym powodem do zdecydowanej odpowiedzi. Ich kumulacja stopniowo zmienia jednak charakter samej wojny. To, co wczoraj uchodziło za wyjątkową eskalację, dziś staje się codziennością, a jutro może stanowić punkt wyjścia do kolejnej decyzji.
Mechanizm ten jest szczególnie niebezpieczny w bezpośrednim sąsiedztwie NATO. Podczas lipcowego nasilenia rosyjskich ataków na ukraińskie porty Rumunia po raz pierwszy zaczęła zestrzeliwać drony, które naruszały jej przestrzeń powietrzną. Bukareszt jednocześnie określił takie incydenty jako niedopuszczalne, wydalił rosyjskiego dyplomatę i starał się nie dopuścić do tego, by obrona własnego terytorium została odebrana jako bezpośrednie przystąpienie do konfliktu.
To zachowanie dobrze oddaje obecną postawę państw wschodniej flanki NATO. Nie dążą one do otwartej wojny z Rosją, ale coraz głębiej angażują się w wojskową infrastrukturę konfliktu w Ukrainie: lokują produkcję, zapewniają tranzyt, wzmacniają obronę powietrzną i przygotowują się na konsekwencje działań wojennych prowadzonych tuż przy ich granicach.
Powstaje w ten sposób błędne koło. Z perspektywy Rosji rozbudowa zachodniej infrastruktury jest potwierdzeniem postępującego wzmacniania militarnego Ukrainy i wschodniej flanki NATO. Z perspektywy Polski, Rumunii i państw bałtyckich rosyjskie ataki potwierdzają natomiast konieczność dalszego zwiększania własnego potencjału obronnego. Każda ze stron postrzega swoje działania jako wymuszoną reakcję, a jednocześnie traktuje je jako dowód agresywnych zamiarów drugiej strony.
Wszyscy grają więc na tej samej planszy, ale według różnych zasad i z odmiennym rozumieniem wartości poszczególnych figur.
W konsekwencji coraz poważniej powraca pytanie o „ostateczny argument” — możliwość użycia broni jądrowej. Paradoks polega na tym, że broń nuklearna pełni funkcję odstraszającą tylko wtedy, gdy każda ze stron wierzy, że druga może rzeczywiście zdecydować się na jej użycie. Dokumenty doktrynalne nie są w stanie opisać wszystkich możliwych scenariuszy, a publiczne groźby mogą jednocześnie pełnić funkcję ostrzeżenia, narzędzia nacisku i elementu blefu.
Pokój kawałek po kawałku
Nie oznacza to jednak, że negocjacje są pozbawione sensu. Wręcz przeciwnie — im mniejsze są szanse na szybkie porozumienie polityczne, tym większe znaczenie mają mechanizmy, które mogą powstrzymać konflikt przed niekontrolowanym rozszerzeniem.
Szerokie porozumienie pokojowe wymaga dziś odpowiedzi na zbyt wiele wzajemnie powiązanych kwestii: przyszłego statusu terytoriów, pozycji Ukrainy, obecności zagranicznych wojsk, gwarancji bezpieczeństwa, sankcji, odbudowy oraz miejsca Rosji w europejskiej architekturze bezpieczeństwa. Strony traktują te problemy jako system naczyń połączonych — ustępstwo w jednej sprawie może zmienić równowagę we wszystkich pozostałych.
Między wielkim układem politycznym a niekontrolowaną eskalacją pozostaje jednak przestrzeń dla częściowych porozumień. Takie rozwiązania mają swoje precedensy — kruche i tymczasowe, ale mimo wszystko skuteczne. Umowa zbożowa, wymiany jeńców czy korytarze humanitarne nie rozstrzygały losów wojny, lecz pozwalały utrzymać konflikt w pewnych ramach.
Pytanie brzmi, czy nowa runda negocjacji będzie w stanie przynajmniej powtórzyć ten poziom ograniczonej współpracy, nie zamieniając się jednocześnie w bezkończące utrwalanie stanowisk stron.
Witkoff i Kushner mogą jeszcze wielokrotnie pojawić się w Moskwie. Rubio może spotkać się z Ławrowem, a Trump ogłosić kolejną „formułę pokojową”. Kanały komunikacji pozostają otwarte — a to samo w sobie ma znaczenie. Eskalacja nuklearna nadal pozostaje scenariuszem, który należy brać pod uwagę, ale nie dopuścić do jego realizacji.
Mimo wszystko na jednej planszy wciąż toczą się różne gry. Największe zagrożenie nie polega nawet na tym, że uczestnicy nie potrafią uzgodnić wspólnych zasad. Problem w tym, że skupiając się na próbach zmuszenia przeciwnika, by jako pierwszy uznał swoją porażkę, mogą pewnego dnia odkryć, że planszy, na której można byłoby jeszcze kontynuować rozgrywkę, już nie ma.
Dyplomatyczne kanały mogą pozostawać otwarte nawet wtedy, gdy stanowiska stron pozostają nie do pogodzenia. Gdzie przebiegają granice skuteczności równoległej dyplomacji i co rzeczywiście może ona zmienić — pisaliśmy w artykule «Trader nie uzgadnia terytoriów. Gdzie kończą się możliwości dyplomacji równoległej».