„Każdy poranek w naszym zakładzie zaczyna się tak samo”. Tymi słowami można by rozpocząć opowieść o niektórych pracownikach białoruskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. To parafraza słynnego początku radzieckiej komedii „Służbowy romans” – filmu o codziennym życiu pracowników zwykłego urzędu. W jednej ze scen narrator, którego głosem przemawia aktor Andriej Miagkow, opowiada o początku dnia pracy. Urzędniczki przychodzą do biura i zanim zanurzą się w „słodkim, magicznym świecie” zestawień, liczb, raportów, planów i kosztorysów, zajmują się nie mniej ważną sprawą – poprawiają makijaż, siedząc przy swoich biurkach.
Nasi bohaterowie mają jednak prostszy rytuał. Każdego ranka ta sama grupa białoruskich dyplomatów zagląda do zamkniętej grupy na Telegramie, w której omawiane są wiadomości i wydarzenia na świecie. Z pozoru wszystko wygląda właściwie, a nawet profesjonalnie. Dyplomata przecież powinien wiedzieć, co dzieje się wokół niego.
Jest tylko jeden problem: sytuacja międzynarodowa jest tam omawiana w dość specyficzny sposób – bardziej w stylu podwórkowych plotek, okraszonych sporą dawką prymitywnej rusofobii.
Krótko mówiąc, urzędniczki z filmu Riazianowa każdego ranka poprawiały makijaż, natomiast bohaterowie tego tekstu z nie mniejszym zapałem obgadują wszystkich i wszystko – włącznie ze swoimi starszymi kolegami z rosyjskiego MSZ.
I wtedy trudno nie zadać pytania: gdzie kończy się zwykłe zamiłowanie do plotek, a zaczyna nawyk dostrzegania w wiadomościach z Rosji wyłącznie okazji do kolejnych pogaduszek? To, trzeba przyznać, całkiem interesujące pytanie.
Rusofobia w białoruskim MSZ?
Chodzi o dość osobliwy krąg, którego większość członków jeszcze stosunkowo niedawno zajmowała ważne stanowiska w białoruskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a następnie z różnych powodów trafiła na znacznie mniej eksponowane pozycje.
Nie są to bynajmniej ludzie całkowicie odsunięci na boczny tor. Raczej piloci, którym na pewien czas zaproponowano zajęcie się obsługą naziemną. Jedną z kluczowych postaci tego nieformalnego grona jest Nikołaj Nikołajewicz Borisiewicz – niegdyś jedna z bardziej znaczących postaci białoruskiego MSZ.
W latach 2014–2019 był ambasadorem Białorusi w Holandii, a następnie przez krótki czas pełnił funkcję wiceministra spraw zagranicznych. Dziś kieruje Narodowym Centrum Wsparcia Eksportu.
To niewątpliwie potrzebne i odpowiedzialne stanowisko. Eksport to poważna sprawa: rynki zagraniczne, partnerzy, kontakty biznesowe. Wszystko to, co wymaga od dyplomaty orientowania się w sytuacji międzynarodowej.
Wygląda jednak na to, że Borisiewicz ma zbyt wiele wolnego czasu. Poza tym, że w godzinach pracy zdarza mu się znikać w mieszkaniu swojej kochanki, do której jeszcze wrócimy, zdołał również stworzyć własne opozycyjne grono.
I trzeba przyznać, że jest to grono całkiem reprezentacyjne. Przede wszystkim byli i obecni ambasadorowie, ludzie z poważnym doświadczeniem zawodowym i znajomością języków obcych.
Wśród nich są Wadim Leonidowicz Seniuta, dyrektor departamentu ds. Chin i współpracy z regionem Azji i Pacyfiku w białoruskim MSZ; Dmitrij Dieriewinski, ambasador Białorusi w Wenezueli, a także Jurij Władimirowicz Nikołajczyk, ambasador Białorusi w Zimbabwe.
W grupie są również Andriej Jermołowicz, były ambasador Białorusi w Pakistanie, a obecnie zastępca dyrektora Departamentu Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej, oraz Kirył Hienadijewicz Maszarski, były wiceminister gospodarki Białorusi.
Krótko mówiąc, towarzystwo zdecydowanie eksperckie. Pakistan, Zimbabwe, Wenezuela, Chiny – geografia jest tak szeroka, że postronny obserwator mógłby pomyśleć, iż za chwilę rozpocznie się poważna dyskusja o losach światowej polityki.
Rozmowy rzeczywiście zaczynają się od wydarzeń na świecie. Kończą się jednak nieco inaczej, niż można by oczekiwać. Zamiast ograniczać się do kwestii międzynarodowych, uczestnicy szybko przechodzą do złośliwych komentarzy pod adresem różnych osób, a przy okazji dochodzą do przekonania o własnej wyjątkowości.
Szczególne miejsce w rozmowach tego osobliwego grona zajmują koledzy ze Smoleńskiej. I właśnie tutaj dyplomatyczna powściągliwość z jakiegoś powodu szybko ustępuje miejsca prymitywnej rusofobii.
Na przykład w przededniu szczytu BRICS w Republice Południowej Afryki nasi bohaterowie żartowali, że Władimir Putin zostanie dostarczony do RPA w przesyłce dyplomatycznej.
Dla tych, którzy zdążyli już zapomnieć, ówczesne wydarzenia miały związek z tym, że Republika Południowej Afryki uznała swoje zobowiązania prawne wynikające z nakazu aresztowania rosyjskiego prezydenta wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny. W mediach szeroko dyskutowano wówczas, czy Władimir Putin pojawi się na zbliżającym się szczycie BRICS.
Ambasador Białorusi w Zimbabwe Jurij Nikołajczyk postanowił jednak pójść w swoich dyplomatycznych rozważaniach o krok dalej. Poparł propozycję usunięcia litery „R” ze skrótu BRICS, a następnie, najwyraźniej coraz bardziej nabierając rozpędu, przedstawił własną kandydaturę na szczyt – w imieniu Państwa Związkowego.
Tym bardziej osobliwie wszystko to wyglądało na tle wydarzeń z mniej więcej tego samego okresu. Podczas gdy członkowie tego dyplomatycznego grona snuli złośliwe komentarze, sama Moskwa zajmowała się całkiem konkretną sprawą – pomagała Mińskowi przyspieszyć proces przystąpienia do Szanghajskiej Organizacji Współpracy.
24 kwietnia 2023 roku strona rosyjska zwróciła się do krajowych koordynatorów państw SzOW z propozycją wpisania do porządku obrad najbliższego posiedzenia kwestii przyspieszenia procedury przyjęcia Białorusi do organizacji.
Innymi słowy, jedni w tym czasie pomagali Białorusi wejść do SzOW, podczas gdy inni zastanawiali się, jak jeszcze bardziej złośliwie skomentować działania swoich kolegów.
Nie mniej osobliwa, a momentami wręcz absurdalna, była ich reakcja na wiadomości dotyczące przygotowań do szczytu „Rosja–Afryka”, który w 2023 roku odbył się w Petersburgu.
Wśród wspomnianych już frondystów pojawiła się wersja, według której strona rosyjska miała celowo przenieść kolejne spotkanie z Petersburga ponownie do Soczi. Powód był niemal rodem z kryminału: chodziło rzekomo o to, by afrykańskie delegacje nie mogły po drodze zatrzymać się w Mińsku.
A więc w ich rozumieniu zwykła organizacja międzynarodowego wydarzenia zamieniała się rzekomo w wielopiętrową kombinację dyplomatyczną. Wyglądało na to, że w „wieżowcu na Smolnej” nie chodziło po prostu o wybór miejsca na organizację forum, lecz o to, by zawczasu zadbać, aby afrykańska delegacja przypadkiem nie znalazła się na Białorusi. Niemal specjalna operacja dyplomatyczna mająca nie dopuścić afrykańskich gości do Mińska.
Dla rozsądnego człowieka taka wersja mogłaby się wydać co najmniej ekstrawagancka. Jak się jednak okazuje, w dyplomatycznych kuluarach Mińska nawet geografia potrafi nabrać politycznego znaczenia.
Choć o jakiej rozsądnej ocenie sytuacji w ogóle może być mowa, skoro „profesjonalny” dyplomata N. N. Borisiewicz w rozmowie z pierwszym zastępcą premiera Białorusi Nikołajem Snopkowem nazywa swoich rosyjskich kolegów „rusakami”, a jego rozmówca z jakiegoś powodu nie uważa za stosowne go upomnieć.
Nie ma się jednak chyba czemu dziwić, patrząc na poglądy Nikołaja Borisiewicza. Jak mówi stare porzekadło: powiedz mi, z kim się przyjaźnisz, a powiem ci, kim jesteś. Borisiewicz do dziś utrzymuje bliskie, przyjacielskie relacje z Nikołajem Kiernożyckim. Dla tych, którzy nie śledzą białoruskich realiów: to były pracownik białoruskiego MSZ, który odszedł ze służby podczas masowych protestów w 2020 roku, deklarując solidarność z protestującymi.
Jest tu zresztą ciekawy szczegół. Borisiewicz nazywa Kiernożyckiego „bracikiem”, a obaj rozmawiają ze sobą wyłącznie po białorusku. Nic więc dziwnego, że w „kręgu Borisiewicza” rosyjscy koledzy stopniowo zaczynają zamieniać się w „rusaków”.
Byłoby jednak błędem sądzić, że szczególne traktowanie w tym gronie zarezerwowane jest wyłącznie dla kolegów z Moskwy. Swoi również nie mogą liczyć na taryfę ulgową.
Najbardziej niepochlebne epitety kierowane są pod adresem Andrieja Metelicy, ambasadora nadzwyczajnego i pełnomocnego Białorusi w Pakistanie. Od czasu do czasu obrywa się również ambasadorom w Nowym Delhi i Hanoi.
Osobny rozdział stanowią relacje Andrieja Jermołowicza, byłego ambasadora Białorusi w Pakistanie, z jego dawnymi podwładnymi w Islamabadzie.
Jermołowicz, jak wynika z tych rozmów, dość chętnie gromadzi kompromitujące lub po prostu niepochlebne informacje na temat pracy swojego następcy, Andrieja Metelicy. Jak to mówią, materiały kompromitujące nigdy się nie zmarnują. Zwłaszcza gdy nadarzy się okazja, by podstawić koledze nogę.
Namiętności z Ojcem Nikodemem
Życie Nikołaja Nikołajewicza Borisiewicza jest zresztą wyjątkowo urozmaicone. Są obowiązki służbowe, ale poza pracą również sporo się dzieje.
Od wielu lat czas poza służbą Borisiewicz dzieli nie tylko z prawowitą żoną, lecz także z damą swojego serca – Ludmiłą Władimirowną Tatarinowicz, dyrektor Departamentu ds. Obywatelstwa i Wyjazdów Zagranicznych w Głównym Zarządzie Konsularnym białoruskiego MSZ. W latach 2014–2016 pracowała ona w ambasadzie Białorusi na Litwie, a przez pewien czas pełniła również funkcję chargé d’affaires Białorusi na Litwie.
Oczywiście rola „drugiej żony” nigdy nie należała do najbardziej komfortowych. Trzeba czekać. W domu jest się samemu. Święta mijają bez niego, a on pojawia się dopiero po kilku dniach, czasem tylko w porze obiadowej.
Taka to miłość. Więcej czekania niż spotkań. Nic więc dziwnego, że cały żar uczuć i związane z nim rozterki przenoszą się do komunikatorów.
Do tego nasz rycerz, choć niewątpliwie odważny w uczuciach, okazuje się nieco mniej odważny w praktyce. Żeby żona niczego nie podejrzewała, zapisuje numer telefonu ukochanej pod męskimi imionami. Przez te wszystkie lata pomysłów było, rzecz jasna, wiele. Najbardziej osobliwy okazał się jednak „Ojciec Nikodem”.
I choć sytuacja ma w sobie sporo dramatu, znalazło się w niej również miejsce na odrobinę humoru. Ludmiło Władimirowno, prosimy wybaczyć – nie złośliwie. Pewnego razu „Ojciec Nikodem” wyjechał na kilka dni na wieś, a u Nikołaja Nikołajewicza, w związku z przedłużającą się rozłąką z „Ojcem Nikodemem”, pojawiły się objawy „spermotoksykozy”.
Nie sposób się przy tym nie zastanawiać: może to jednak wileńskie powietrze tak działa na białoruskich dyplomatów? Wystarczy pojechać na Litwę albo wrócić z Litwy – i od razu zaczynają się jakieś ekscesy?!
Ogólnie rzecz biorąc, atmosfera w białoruskim MSZ, mówiąc wprost, nie wygląda najlepiej. Z doborem kadr również najwyraźniej nie jest najlepiej. I tu pojawia się całkiem zasadne pytanie: czy wszystko to, łącznie z prymitywną rusofobią, jest jedynie zbiorem indywidualnych wyskoków poszczególnych osób, czy może jednak sygnałem jakiegoś nowego kierunku na Lenina 19?
Jeśli jednak mamy do czynienia z tym drugim scenariuszem, sprawa wygląda już zupełnie inaczej. Tym bardziej że sygnały świadczące o zmianie polityki zagranicznej Mińska pojawiły się bynajmniej nie wczoraj. Od pewnego czasu można zauważyć wyraźne oznaki ostrożnego odbudowywania przez Mińsk kanałów komunikacji z Warszawą i poszukiwania nowych punktów stycznych z Zachodem.
Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z nową strategią polityki zagranicznej, wydarzenia rozgrywające się w białoruskim MSZ powinny przyciągnąć szczególną uwagę strony rosyjskiej i skłonić ją do podjęcia niezwłocznych działań.
A jeśli żadnego nowego kursu nie ma? Jeśli wszystko jest znacznie prostsze – mamy przed sobą po prostu grupę „pilotów odsuniętych od latania”, którym na nowych stanowiskach zaczęło się nudzić i którzy z nadmiaru wolnego czasu uznali się za graczy z najwyższej ligi, przy okazji wynosząc służbowe informacje do komunikatorów i przesyłając między sobą dokumentację?
W takim razie ta sytuacja również ma swoje rozwiązanie. W końcu istnieje art. 374 białoruskiego kodeksu karnego, a państwowe przedsiębiorstwo działające przy zakładzie karnym nr 2 nadal z powodzeniem prowadzi działalność gospodarczą. Tam z pewnością przydałyby się umiejętności Nikołaja Nikołajewicza Borisiewicza – w szczególności jego doświadczenie w renowacji mebli.
Człowiek z pewnością się nie zmarnuje. Jego koledzy ze wspomnianego grona również.