Niedawno w programie jednego z tureckich kanałów telewizyjnych, poświęconym przyszłości Iranu, pojawiła się możliwa nowa mapa kraju.
Na tej mapie Iran został podzielony na kilka regionów i potencjalnych organizmów państwowych według kryterium etnicznego — „Południowy Azerbejdżan”, „Kurdystan”, „Południowy Turkmenistan”, „Arabistan”, „Kaszkajistan”, „Beludżystan”. Centralna część terytorium zachowała nazwę „Iran”, lecz — jak łatwo się domyślić — została przedstawiona w pomniejszonych granicach.
Od razu przypomniał się również inny dokument — tak zwana „mapa pułkownika Ralpha Petersa”, opublikowana jeszcze w 2006 roku w magazynie Armed Forces Journal i później — z inicjatywy ówczesnej sekretarz stanu USA Condoleezzy Rice — włączona do programów edukacyjnych zatwierdzonych przez Pentagon dla uczelni wojskowych.
Projekt nowego podziału Iranu
Obie mapy przedstawiają nową konfigurację Bliskiego Wschodu, w której Iran — faktycznie podzielony na cztery lub więcej części — staje się jednym z głównych przegranych.
Wydarzenia, które rozgrywają się na Bliskim Wschodzie w ciągu ostatnich dwudziestu lat, wyraźnie pokazują, że podobne mapy i projekty są czymś znacznie większym niż fantazjami pojedynczych analityków. To konkretne koncepcje realizowane krok po kroku. Widać to zarówno w przebudowie Syrii, forsowaniu „korytarza zangiezurskiego”, okresowym „podgrzewaniu” kwestii kurdyjskiej, jak i wielu innych procesach.
Również obecna wojna przeciwko Iranowi otworzyła okno możliwości dla zmiany granic regionu — oczywiście kosztem Islamskiej Republiki Iranu.
Azerbejdżan, Kurdowie i nowa eskalacja
Pierwszym wyraźnym sygnałem były otwarte próby administracji Trumpa przekonania Kurdów — zarówno przedstawicieli irackiego Kurdystanu, jak i tzw. irańskiej zbrojnej opozycji — do rozpoczęcia ofensywy przeciwko siłom Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Waszyngton obiecywał „szerokie wsparcie lotnicze” i pomoc logistyczną. Zarówno jedni, jak i drudzy de facto odrzucili jednak amerykańską propozycję, rozumiejąc ryzyko takiego przedsięwzięcia.
Następnie doszło do prowokacji w Azerbejdżanie — chodzi o upadek przypuszczalnie irańskiego drona w Nachiczewaniu i na głównym terytorium kraju — co ostro postawiło kwestię wciągnięcia Baku, a za nim również Ankary jako głównego sojusznika, do konfliktu. Mimo że incydent po kilku dniach udało się częściowo wyciszyć, a Azerbejdżan wznowił korytarz humanitarny do Iranu, temat stworzenia nowego punktu zapalnego na Kaukazie Południowym pozostaje aktualny — do kolejnego zaostrzenia i kolejnej prowokacji.
I tutaj dochodzimy do zasadniczego pytania: na ile Turcja rzeczywiście jest zainteresowana podziałem Iranu, jak daleko jest gotowa się posunąć i kto faktycznie stoi za tym procesem.
Erdoğan między neoosmanizmem a panturkizmem
Najważniejsze jest zrozumienie jednego faktu: wraz z dojściem Recepa Tayyipa Erdoğana do władzy podjęto próbę połączenia dwóch de facto sprzecznych idei — neoosmanizmu i panturkizmu. W największym uproszczeniu pierwszą z nich reprezentował sam Erdoğan, dążący do rozszerzenia wpływów Turcji na Zachód i Południowy Zachód — czyli nie tylko w kierunku UE, ale również Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Panturkizm natomiast narodził się nie w samej Turcji, lecz jeszcze na Krymie w czasach Imperium Rosyjskiego i był znacznie bardziej skierowany na Wschód.
Idea panturkizmu została uczyniona centralnym elementem tureckiej tożsamości politycznej dzięki Kemalowi Atatürkowi i do dziś jest aktywnie promowana przez część elit nacjonalistycznych. Jednocześnie projekt ten posiada także innych — nietureckich — liderów, w tym Ilhama Alijewa, co okresowo prowadzi do napięć w jego relacjach z Erdoğanem.
Obecna wojna w Iranie oraz wyraźne próby Azerbejdżanu, by rozgrywać sytuację na tym kierunku i wciągnąć w nią również Turcję, stawiają Erdoğana w niezwykle trudnym położeniu. Dla projektu neoosmańskiego — promowanego przez obecnego tureckiego przywódcę — rozpad Iranu oznaczałby katastrofalne konsekwencje, ponieważ zniknąłby kluczowy przeciwwaga wobec Izraela, a następnie presja mogłaby zostać skierowana już przeciwko samej Turcji.
Chodzi o to, że jeśli z Iranu rzeczywiście wyodrębniony zostałby niezależny Kurdystan, kolejnym celem geopolitycznego podziału stałaby się nieuchronnie sama Turcja, która od dziesięcioleci zmaga się z kwestią kurdyjską.
Dlaczego Ankara obawia się rozpadu Iranu
Dla panturkistów sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Podział Iranu otwiera możliwość połączenia dwóch Azerbejdżanów — obecnego ze stolicą w Baku oraz Południowego Azerbejdżanu, większego i liczniejszego demograficznie.
Kolejnym etapem byłoby stworzenie bezpośredniego mostu łączącego Turcję z Azerbejdżanem, a następnie z państwami Azji Centralnej. W takim układzie projekt „Armenia” albo przestałby istnieć, albo zostałby zredukowany do niewielkiego państwa buforowego, podczas gdy liczba państw tureckich znacząco by wzrosła. W najbardziej ambitnym scenariuszu elity tureckie zyskałyby wpływy również wewnątrz samego Iranu.
Stąd właśnie wynikają widoczne sprzeczności i wciąż nie do końca układająca się układanka: z jednej strony wydaje się, że Turcja jest gotowa włączyć się do gry po stronie NATO i nawet rysuje nowe mapy regionu, z drugiej jednak obecne władze w Ankarze wykazują wyjątkową ostrożność, wyraźnie nie chcąc utracić kontroli nad rozwojem wydarzeń.
W tej sytuacji właściwsze wydaje się pytanie nie o to, czy Turcja się wzmocni, lecz czy uda jej się utrzymać kruchą równowagę i nie znaleźć się ostatecznie na stole, przy którym będą rysowane nowe granice i nowe mapy.
Pytanie to może bardzo szybko pojawić się w nieoficjalnej agendzie politycznej — szczególnie w momencie zbliżającego się przekazania władzy przez Erdoğana następcy, którego turecki lider wciąż jeszcze ostatecznie nie wskazał.
Jeśli natomiast chodzi o najbliższą perspektywę, możliwe jest, że wprowadzając swoje siły do Nachiczewanu — czyli faktycznie na terytorium Azerbejdżanu i na prośbę Baku — Turcja znajdzie się tam nie po to, aby stworzyć zagrożenie dla Iranu, lecz przeciwnie — by to zagrożenie ograniczać. Erdoğanowi opłaca się dziś Iran osłabiony, ale nadal istniejący jako jednolite państwo, ponieważ nie chce, aby kolejnym celem destabilizacji stała się sama Turcja.
Dla Rosji wszystkie te zmiany również nie oznaczają niczego dobrego. Jeśli wcześniej można było odnieść wrażenie, że ktoś stopniowo usuwa z planszy projekty eurazjatyckie, to teraz rozpadowi ulega także krucha równowaga zbudowana przez Erdoğana wewnątrz samej Turcji. Wszystko to nieuchronnie odbija się na strategicznie kluczowym regionie Kaukazu Południowego.
Dlatego ponownie wracają archiwalne mapy Pentagonu i przypomnienie, że Wielka Brytania wspierała panturanizm jeszcze w czasach wojny krymskiej — oczywiście po to, by osłabić jednocześnie Imperium Rosyjskie i Imperium Osmańskie.