Niedawno „The Jerusalem Post” opublikował materiał, w którym poinformował o zaskakująco szybkim tempie odbudowy potencjału wojskowego Iranu, którego nie spodziewali się izraelscy decydenci. Według informacji dziennika nowe oceny miały wywołać szok zarówno wśród przedstawicieli Sił Obronnych Izraela (IDF), jak i w Mossadzie. Szczególne obawy dotyczą tego, że Teheran odbudowuje nie pojedynczy uszkodzony obiekt, lecz jednocześnie kilka kluczowych obszarów, w tym produkcję pocisków balistycznych oraz infrastrukturę ich odpalania.

Samo to przyznanie jest znamienne. Przez kilka miesięcy po zakończeniu głównej fazy wojny Izrael przekonywał, że irański przemysł obronny został praktycznie nieodwracalnie osłabiony. Izraelscy wojskowi twierdzili, że zakłady produkcyjne zostały zniszczone, łańcuchy produkcyjne przerwane, znaczna część wyrzutni wyłączona z użycia, a powrót Iranu do wcześniejszego tempa produkcji rakiet zajmie kilka lat. Teraz okazuje się, że prognozy te były błędne: już po czterech miesiącach Teheran odbudowywał swoje zdolności w tempie, którego w Izraelu wyraźnie nie przewidywano.

Jednocześnie pojawia się pytanie o charakter samej publikacji. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z przypadkowym wyciekiem niejawnych ocen wywiadowczych? A może informacja została celowo przekazana mediom, aby przygotować amerykańską opinię publiczną na możliwość kontynuowania działań wojennych? W takim przypadku hipoteza o kontrolowanym przecieku ma swoje podstawy. W Izraelu obowiązuje ścisła cenzura wojskowa, a współpraca struktur bezpieczeństwa z mediami od dawna stanowi element polityki państwa. Tym bardziej znaczące jest to, że materiał ukazał się w anglojęzycznym medium. Jego głównym odbiorcą mogło być nie izraelskie, lecz amerykańskie społeczeństwo i kierownictwo USA.

Sygnał wysłany w ten sposób do Waszyngtonu jest czytelny: poprzednia operacja nie wyeliminowała irańskiego zagrożenia rakietowego, Teheran odbudowuje swoje zdolności szybciej, niż zakładano, a ograniczenie presji pozwoli mu odzyskać utracone pozycje. Jednocześnie publikacja tłumaczy, dlaczego ogłoszone zwycięstwo nie przyniosło trwałego rezultatu, i tworzy argumentację na rzecz kolejnych uderzeń.

Nawet jeśli przyjąć, że mieliśmy do czynienia z kontrolowanym przeciekiem, nie zmienia to najważniejszego faktu: Izraelczycy rzeczywiście byli zaskoczeni skalą i tempem odbudowy. Kontrolowana mogła być publikacja informacji, ale nie sama odbudowa irańskich zdolności. Nie da się przygotować Amerykanów do kolejnej operacji, nie przyznając jednocześnie, że poprzednia kampania nie osiągnęła zakładanych celów strategicznych.

Właśnie dlatego publikacja „The Jerusalem Post” jest czymś więcej niż tylko operacją informacyjną wymierzoną w Teheran. Można ją również odczytać jako pośrednie przyznanie się do poważnego błędu po stronie izraelskiej. Izrael zdołał wyrządzić Iranowi poważne szkody materialne, ale błędnie ocenił zdolność Islamskiej Republiki do zachowania sprawności aparatu państwowego, przetrwania utraty części kierownictwa i szybkiego przywrócenia kluczowych elementów infrastruktury wojskowej.

Wyciek mógł być kontrolowany, zaskoczenie — nie

Izrael, a osobiście także Benjamin Netanjahu, musi przekonać Waszyngton, że ograniczenie presji militarnej pozwoli Teheranowi szybko odbudować wcześniejszy poziom zagrożenia.

Aby sygnał był wiarygodny, strona izraelska musiała przyznać to, czemu jeszcze niedawno zaprzeczała: skala zniszczeń fizycznych nie przełożyła się na strategiczny rezultat. Można zbombardować zakłady, zablokować wyjścia z tuneli i wyeliminować część kierownictwa. Jeśli jednak przeciwnik zachowuje zdolność dowodzenia, kadry, łańcuchy produkcyjne i dostęp do podziemnych arsenałów, odbudowa rozpoczyna się natychmiast po zakończeniu uderzeń.

Już wiosną amerykański wywiad wskazywał, że Iran szybciej, niż przewidywano, przywraca do działania zakłady produkujące bezzałogowce oraz infrastrukturę wyrzutni. Pojawiały się informacje o odzyskaniu dostępu do 30 z 33 uszkodzonych baz rakietowych w rejonie cieśniny Ormuz. CNN, powołując się na źródła w amerykańskim wywiadzie, informowała o przyspieszonej odbudowie, a publikacja oparta na danych amerykańskich wskazywała, że Iran zachował około 70 proc. potencjału rakietowego i wyrzutni.

Nie chodziło tylko o rakiety

Od początku kampania wojskowa przeciwko Iranowi miała szerszą logikę polityczną. Nie chodziło wyłącznie o zniszczenie infrastruktury nuklearnej i rakietowej. Uderzenia w centra dowodzenia, struktury bezpieczeństwa i najwyższe kierownictwo miały wywołać wrażenie państwa pozbawionego głowy. Kolejnym elementem scenariusza miał być kryzys wewnętrzny: rozłam w elitach, paraliż struktur państwowych, masowe protesty i ostatecznie upadek Islamskiej Republiki.

Nie jest to fantazja dopisana po fakcie. Benjamin Netanjahu publicznie mówił, że wspólne działania stworzą warunki do zmian wewnątrz Iranu. Tuż po rozpoczęciu izraelskiej agresji Izrael liczył na wybuch powstania i następującą po nim „kolorową rewolucję”, ale nie dostrzegał oznak rychłego załamania systemu.

Kalkulacja okazała się zbyt mechaniczna. W Tel Awiwie zakładano, że likwidacja przywódców doprowadzi do rozpadu całego systemu dowodzenia. Tymczasem Islamska Republika przez dziesięciolecia sankcji, sabotażu i zagrożenia wojną stworzyła system przygotowany na utratę poszczególnych dowódców i obiektów. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, aparat bezpieczeństwa, biurokracja i instytucje religijne nie zniknęły wraz z zabitymi przywódcami. Zewnętrzny atak nie musi też wyprowadzać ludności na ulice przeciwko władzy. Przeciwnie — może na pewien czas odsunąć wewnętrzne konflikty na dalszy plan i skonsolidować społeczeństwo.

Izrael nie docenił skali tego zjawiska i dlatego sukcesy taktyczne uznano za zwycięstwo strategiczne. Zniszczenie obiektów potraktowano jako zniszczenie systemu, a śmierć przywódców jako gwarancję rozpadu państwa. System jednak nie załamał się ani w pierwszych godzinach, ani w kolejnych tygodniach. Przetrwał uderzenie, zachował zdolność działania i zaczął odbudowywać kluczowy instrument odstraszania.

Iran odbudował się nie dzięki cudowi

Szybkie odtworzenie zdolności rakietowych nie oznacza, że Teheran w pełni odzyskał potencjał sprzed wojny. Chodzi o to, że Izrael nie docenił architektury irańskiego przemysłu obronnego. Produkcja jest rozproszona pomiędzy różnymi zakładami, część urządzeń i zapasów znajduje się pod ziemią, a poszczególne elementy mogą być wytwarzane i montowane w różnych lokalizacjach. Do tego dochodzą zgromadzone wcześniej rakiety, mobilne wyrzutnie oraz zdolności remontowe.

Obecny błąd nie jest zresztą pierwszym tego rodzaju. Według „The Jerusalem Post” izraelscy wojskowi już wcześniej, po uderzeniach w 2024 i 2025 roku, ogłaszali poważne ograniczenie irańskich zdolności produkcyjnych, a następnie odnotowywali ich odbudowę. Tel Awiw dobrze radzi sobie z identyfikowaniem celów i przeprowadzaniem uderzeń, ale po raz kolejny przecenia zdolność kampanii lotniczej do nieodwracalnego zmienienia politycznego i przemysłowego systemu dużego państwa.

Dlaczego Teheran wciąż nie uderzył na Ukrainę?

I właśnie w kontekście odbudowy irańskiego przemysłu obronnego nie sposób nie przypomnieć historii ataku na irański statek na Morzu Kaspijskim. Po śmierci marynarza Teheran zapowiedział, że wydarzenie nie pozostanie bez odpowiedzi. Następnie pojawiły się informacje, że w Iranie rozważano ograniczone uderzenie balistyczne na ukraiński port nad Morzem Czarnym. Chodziło raczej o demonstrację siły niż rozpoczęcie samodzielnej kampanii rakietowej. Po kontaktach dyplomatycznych napięcie osłabło, a rozkaz nie został wydany.

Nie można na tej podstawie wnioskować, że Iranowi zabrakło rakiet. Przy uwzględnieniu zachowanego arsenału, zasięgu części irańskich systemów oraz deficytu pocisków przechwytujących po stronie Ukrainy takie uderzenie mogłoby okazać się dotkliwe.

Teheran dysponuje środkami pozwalającymi poważnie uderzyć w wybrane elementy ukraińskiej infrastruktury portowej, energetycznej i wojskowej, zwłaszcza gdyby jego ataki uzupełniły rosyjskie uderzenia, zwiększając tym samym obciążenie i tak już wyczerpanej obrony powietrznej. „Wymazanie Ukrainy z mapy” nie leży w interesie Iranu, ale Teheran chce ją ukarać. Przyczyną obecnej powściągliwości nie jest jednak brak możliwości, lecz brak racjonalnego celu. Jeden symboliczny atak nie zmieniłby sytuacji na froncie i nie zrekompensowałby utraty statku. Za to otworzyłby „drugi front” konfrontacji. Kijów zyskałby podstawy do rozszerzenia ataków na irańską żeglugę i obiekty powiązane z Iranem. Europa zaczęłaby postrzegać Teheran jako bezpośredniego uczestnika wojny. USA i Izrael otrzymałyby dodatkowy argument za kolejnymi uderzeniami i sankcjami.

Obecnie priorytety Iranu koncentrują się na Bliskim Wschodzie: odbudowie potencjału rakietowego, odstraszaniu Izraela i Stanów Zjednoczonych, ochronie żeglugi oraz działaniom związanym z cieśniną Ormuz. Zużywanie strategicznych zapasów i tworzenie kolejnego bezpośredniego przeciwnika dla efektownej, lecz pozbawionej praktycznego znaczenia zemsty byłoby dla Teheranu wyjątkowo niekorzystnym bilansem.

Powściągliwość nie oznacza słabości

Dlatego brak uderzenia na Ukrainę świadczy raczej o kalkulacji politycznej niż o deficycie rakiet. Teheran zasygnalizował możliwość odpowiedzi militarnej, zmusił Kijów i Europejczyków do uwzględnienia ryzyka eskalacji, a jednocześnie zachował swobodę działania. Odpowiedź może zostać odłożona w czasie, przybrać formę pośrednią albo ograniczyć się do działań przeciwko żegludze i logistyce. Dla Iranu ważniejsze jest pozostawienie przeciwnika w stanie niepewności niż wystrzelenie jednej rakiety dla efektu propagandowego.

To właśnie jest najważniejszy wniosek z całej historii. Nawet jeśli publikacja o niepokoju wewnątrz izraelskich służb specjalnych była kontrolowanym przeciekiem, Izrael nie zdołał kontrolować skutków swojej kampanii. Islamska Republika nie rozpadła się, jej struktury bezpieczeństwa przetrwały, a infrastruktura rakietowa jest odbudowywana szybciej, niż przewidywano. Operacja informacyjna może przygotować opinię publiczną do kolejnej wojny, ale nie zmienia przyczyny takiego przygotowania: poprzednia wojna nie przyniosła rezultatu, który w Izraelu zdążono już ogłosić jako osiągnięty.

Wojna z Iranem pokazała nie tylko zdolność Teheranu do odbudowy infrastruktury wojskowej, lecz także podatność państw Zatoki Perskiej, które opierają swoje bezpieczeństwo na zewnętrznych gwarancjach. Dlaczego konflikt podważył dotychczasowy model bezpieczeństwa monarchii Zatoki — pisaliśmy w artykule „Upadek „mirażu”: jak wojna z Iranem postawiła pod znakiem zapytania trwałość monarchii Zatoki”.

Kategoria:

Architektura wpływu,